MARBOC: JAKO DJ JESTEM SELEKTOREM, STORYTELLEREM I TECHNICZNYM RZEMIEŚLNIKIEM
Kolejny nadmorski temat w Mixmag Poland – tym razem przyglądamy się poczynaniom Marboca – DJ-a i producenta, który zagrał właśnie w HÖR oraz otworzył swoje studio w Gdyni.
MARBOC, czyli Marcin Bociański już od 20 lat działa na polskiej scenie. Urodzony w Starogardzie Gdańskim, od dzieciństwa zasłuchiwał się radiem, co otworzyło i uwrażliwiło go na najróżniejsze gatunki. W wieku 17 lat zadebiutował w lokalnym klubie „Tropica”, gdzie później stał się rezydentem, a w wieku 18 lat wydał swoją pierwszą EP-kę. Od tego czasu grywa w klubach w całej Polsce, wykłada w Instytucie Dźwięku, a jego pasją jest łączenie techno z ambientem.
Od dawna ciągnie mnie w stronę klimatów ambientowych – to nie jest nowy pomysł, tylko coś, co zawsze gdzieś we mnie siedziało.
W 2025 chcę mocniej wejść w ambientowe DJ - sety – jest kilka rozmów, w tym coś większego w planetarium (na razie bez szczegółów, ale szykuje się ciekawie). W przyszłości Live Act. Do tej pory mam dwa albumy – jeden czysto ambientowy, drugi łączący techno i ambient. Teraz pracuję nad nowym materiałem na przyszły rok.
Moje numery często mają ambientowy sznyt – lubię, jak muzyka oddycha i ma przestrzeń, nie tylko tłucze równo.
Jako artysta, Marboc nie trzyma się jednej formuły – jego styl opiera się na groove'ie, ale czerpie również z hard, industrial czy nawet połamanych rytmów, które łączy z ambientową przestrzenią. W setach gra dynamicznie i z wyczuciem – potrafi zarówno zaskoczyć, jak i precyzyjnie dostosować się do energii wydarzenia. Granie na 4 CDJ-ach, winylach oraz praca na mikserze Xone stanowią jego optymalne narzędzie do kreowania złożonych muzycznych historii.
W 2024 i 2025 roku Marboc intensywnie rozwija swój katalog wydawniczy. Wśród najnowszych projektów znajdują się m.in. 4-utworowa EP-ka S.T.R.A.T.A. (Synapsa), nadchodzący 12-utworowy album dla Diffuse Reality oraz wyjątkowa EP-ka w labelu R3volution. Tworzy również muzykę ambientową – m.in. dla Treorema i Otake Records – nie rezygnując z eksperymentów i własnych poszukiwań dźwiękowych.
W 2026 roku MARBOC zagrał kilka ważnych rzeczy – między innymi seta w HÖR
w Berlinie, co było dla niego ogromnym spełnieniem i osobistą satysfakcją, a set został bardzo dobrze przyjęty.
Przed wakacjami Marcin wraz z Krzysztofem Boczkiem otworzył HighwaveFreq - kreatywna przestrzeń muzyczną w Gdyni , gdzie znajdziecie salkę producencką i DJ-ską, odbywają się kursy, nagrywane i masterowane są kolejne tracki - wszystko kręci się wokół muzyki elektronicznej.
Mixmag Poland zapytał więc Marboca o jego aktualne przedsięwzięcia.
Artur Wojtczak: Zacznijmy od pytania o twój ulubiony sposób grania, jesteś bowiem jednych z tych DJ-ów, którzy grają zarówno cyfrowo jak i winylowo…
MARBOC: Zgadza się — lubię grać w obu formatach, zarówno cyfrowo, jak i z winyli, choć do tego drugiego musiałem zwyczajnie dorosnąć. Gram jako DJ od siedemnastego roku życia, ale pierwszy raz stanąłem za gramofonami przed publicznością dopiero w 2020 roku, czyli piętnaście lat później. Wcześniej winyle oczywiście zawsze mi towarzyszyły — kolekcjonowałem je, miksowałem w domu, ale czułem, że muszę osiągnąć pewien poziom świadomości, żeby móc zagrać publicznie z mojej własnej kolekcji.
Przełom nastąpił na jednej z imprez minimalowych w Gdańsku. Wtedy pierwszy raz wystartowałem z setem z samych płyt i poczułem coś, czego nie da się do końca opisać — tę organiczną więź z dźwiękiem i materiałem, który masz dosłownie pod palcami. Od tamtego momentu, jeśli tylko mam taką możliwość, gram z winyli. To mój pierwszy wybór.
Kolekcjonowanie płyt to zupełnie inny proces — dużo bardziej uważny i emocjonalny. Każda płyta to świadoma decyzja, inwestycja, a często też historia. Mam ogromną słabość do brzmień z lat 2000–2010 — ten oldschoolowy groove i drive to coś, co wciąż niesamowicie działa na parkietach. Lubię łączyć te klasyki z nowymi wydaniami, szukając w tym dialogu między przeszłością a teraźniejszością. A że winyl znów przeżywa swój renesans — tym bardziej czuję, że to dobry moment, by tę kulturę dalej pielęgnować.
Dla mnie winyl to wszystko naraz: brzmienie, rytuał, emocje i fizyczność. To skupienie nad igłą, troska o każdy detal, mikro walka z tarciem i grawitacją — to coś, co trzyma mnie w tu i teraz. Czuję wtedy większy kontakt z publiką, bo wiem, że to, co gram, dzieje się tylko raz, w tym konkretnym momencie.
Myślę, że jako DJ jestem po trochu wszystkim — selektorem, storytellerem i technicznym rzemieślnikiem. Lubię tworzyć napięcie, budować narrację, ale też czuć ten czysto manualny aspekt miksowania, który pozwala wejść w pełny flow z muzyką.
Poza swoją wielką miłością do rasowego techno, pałasz też uczuciem do bezbeatowego ambientu – kiedy narodziła się ta fascynacja? Jacy artyści najmocniej inspirują cię w obu gatunkach?
Ambient tak naprawdę był ze mną od zawsze, tylko przez długi czas nie potrafiłem nazwać tego, co czułem, kiedy się w tych dźwiękach zanurzałem. To niesamowite, że ten rodzaj muzyki potrafi Ci towarzyszyć w tle całego życia — niezależnie od miejsca, nastroju czy pory dnia. Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że to właśnie ambient od zawsze był dla mnie tą przestrzenią między ciszą a dźwiękiem.
Pierwszy raz naprawdę uświadomiłem sobie jego siłę w okresie, kiedy działałem pod projektem Martin Stork, około 2013–2015 roku, tworząc bardziej progressive i melodic house. Wtedy natrafiłem na Carbon Based Lifeforms i ich legendarny album Interloper. Ten materiał totalnie zmienił moje podejście do muzyki — pamiętam, jak utwór „VLA”, trwający ponad godzinę, dosłownie przewartościował moje myślenie o dźwięku i czasie w muzyce.
To, co najbardziej mnie pociąga w ambiencie, to przestrzeń, emocje i spokój, ale też możliwość opowiadania historii bez użycia bitu. Uwielbiam, jak te dwa światy — ambient i techno — potrafią się przenikać. Wiele współczesnych artystów techno, takich jak Vril, Rødhåd czy Arconym, doskonale to pokazuje, wplatając w swoje wydawnictwa ambientowe lub drone’owe kompozycje. To daje muzyce głębię, oddech, moment refleksji.
Sam też tworzę ambient — często przeplata się on z moimi bardziej klubowymi brzmieniami. W moich EP-kach czy albumach można znaleźć wiele dronowych i przestrzennych elementów, które są jak tło do historii opowiadanej przez techno. W 2023 roku wydałem czysto ambientowy album „Whn.yu.ae.In”, a w 2025 — drugi, „Veil of Fathoms”, w którym łączę oba światy: ciężar techno z eteryczną głębią ambientu. To dla mnie naturalna równowaga — dwa bieguny tego samego procesu twórczego.
Czy pójście w struktury ambientowe było trochę spowodowane twoim zmęczeniem techno ?
Nie, to nie było zmęczenie techno — raczej ciekawość i potrzeba balansu. Ambient to dla mnie forma terapii, sposób na złapanie równowagi i oddechu między intensywnością klubowego życia a codziennością. Kocham grać techno, czuję się w nim w pełni sobą, ale nie słucham go na okrągło. Czasem po prostu trzeba dać uszom i głowie odpocząć, a ambient jest dla mnie właśnie tym miejscem spokoju, takim dźwiękowym azylem.
Kiedy gram, często lubię wprowadzać krótkie momenty oderwania — jedno-, dwuminutowe przerywniki ambientowe w środku seta. To daje ludziom (i mnie samemu) chwilę wolności, oderwania od groove’u. Czasami widzę, jak w publiczności coś pęka, jak pojawiają się emocje, łzy, ulga — i to jest piękne. Sam też miewam takie momenty, kiedy czuję, że muzyka po prostu mnie rozbraja. To nie jest zaplanowane — to czysta emocja, która się wydarza tu i teraz.
Nie powiedziałbym więc, że ambient to ucieczka od techno. To raczej druga strona tej samej monety — przestrzeń, która pozwala mi lepiej zrozumieć energię bitu. Dzięki temu inaczej patrzę też na swoje sety. DJ set czy vinyl set może być nie tylko zbiorem utworów, ale pełnoprawnym performance’em, który prowadzi przez emocje i momenty. I to właśnie te momenty — krótkie, ulotne, prawdziwe — zostają w pamięci na długo.
Latem otworzyłeś w Gdyni HighWaveFrequency – studio nagraniowe, przestrzeń do ćwiczeń dla młodych adeptów sztuki DJ-skiej i przyszłych producentów. Opowiedz więcej o tym miejscu: czym się ono charakteryzuje, jakie są plany na jego rozwój? Czym jest i czym docelowo ma być to miejsce?Pomysł na HighWaveFrequency zrodził się z potrzeby – zarówno mojej własnej przestrzeni do pracy twórczej, jak i z pragnienia, by stworzyć miejsce, w którym inni artyści mogą rozwijać się, dzielić wiedzą i inspirować nawzajem. Od dawna czułem, że w Trójmieście brakuje takiego miejsca z prawdziwego zdarzenia – otwartego, dostępnego i opartego na wspólnocie pasji. Chciałem, żeby to było coś więcej niż studio – żeby to było środowisko, które żyje muzyką i z muzyki.
Prace nad projektem trwały długo – planowałem je jeszcze w 2024 roku, a samo studio ruszyło w czerwcu. Wierzyłem jednak, że się uda, bo ten pomysł wypływał z serca i z autentycznej potrzeby dzielenia się doświadczeniem. Dziś mogę powiedzieć, że żyję w pełni z muzyki, i to ogromne szczęście – bo to nie tylko praca, ale też styl życia, który pozwala mi otaczać się ludźmi z tej samej pasji.
W HighWaveFrequency mamy obecnie dwie przestrzenie. Pierwsza to sala DJ-ska – w pełni wyposażona do ćwiczeń na CDJ-ach i winylach, przygotowana też do nauki face-to-face. Druga to sala studyjna – miejsce do produkcji, aranżacji i nagrań. To tam realizuję mix i mastering, krótsze zlecenia muzyczne, a od niedawna również prowadzę subskrypcję producencką z własnymi sample packami.
Studio działa też jako szkoła DJ-ska i producencka – prowadzimy zajęcia indywidualne oraz małe grupy do czterech osób. Organizujemy masterclassy, warsztaty, open decks, a więc spotkania, na których każdy może zaprezentować się przed innymi i przełamać tremę. To ma być miejsce, gdzie ludzie mogą nie tylko nauczyć się techniki, ale też zrozumieć filozofię grania i tworzenia.
Poza tym współpracujemy z projektem Podcast MWTG, dla którego realizujemy mastering DJ setów, a obecnie prowadzimy rozmowy o zacieśnieniu współpracy z jednym z trójmiejskich klubów – o szczegółach jeszcze nie mogę mówić, ale zapowiada się coś ciekawego (śmiech).
HighWaveFrequency to miejsce otwarte dla każdego – od początkujących DJ-ów i producentów, po bardziej doświadczonych artystów, którzy chcą po prostu odświeżyć swój warsztat albo podzielić się doświadczeniem. Nie ograniczamy się do jednego gatunku. Oczywiście techno jest mi bliskie, ale drzwi są otwarte również dla twórców elektroniki, hip-hopu czy DnB.
Docelowo chcę, żeby HighWaveFrequency było kreatywnym centrum muzycznym Trójmiasta – przestrzenią edukacyjną, twórczą i społeczną. Miejscem, które inspiruje nie tylko sprzętem, ale przede wszystkim atmosferą i ludźmi, którzy je współtworzą.
W naszym magazynie jest coraz więcej newsów z 3City: zaczynając od materiału z Crackhouse po trójmiejskie labele. Teraz muszę zapytać Ciebie – czym jest ten słynny trójmiejski vibe, tak odróżniający od innych części Polski styl życia?Trójmiejski vibe to przede wszystkim ludzie i miejsce. Tutaj naprawdę czuć, że otoczenie ma znaczenie – morze, przestrzeń, powietrze i ten spokój, którego często brakuje w większych miastach. Ludzie, którzy tu przyjeżdżają, bardzo często już nie chcą wracać. Żyje się tu wolniej, spokojniej, bez tego nieustannego pędu. Właśnie to tempo sprawia, że łatwiej jest tworzyć i utrzymać zdrową relację z muzyką.
To, co dla mnie najważniejsze, to wzajemne wsparcie. Tutaj naprawdę sobie pomagamy – współpracujemy, polecamy się nawzajem, angażujemy w różne inicjatywy. Sam często wspieram lokalne działania i czuję, że ta energia wraca. W Trójmieście nie ma typowej rywalizacji – jest poczucie wspólnoty i chęć wspólnego rozwoju.
Mamy też niesamowite przestrzenie, które same w sobie budują scenę. Przede wszystkim tereny stoczniowe w Gdańsku – Crackhouse, 100cznia, Ulica Elektryków – to obecnie prawdziwy kompleks muzyczny, tętniący różnymi brzmieniami. Do tego dochodzi masa mniejszych inicjatyw: puby, bary, lokale, które coraz częściej otwierają się na muzykę elektroniczną. To wszystko sprawia, że człowiek po prostu czuje się tutaj pozytywnie nastawiony i częścią czegoś większego.
Oczywiście zmienił się też Sopot – nie jest już taki jak przed 2020 rokiem, ale wciąż można znaleźć tam ciekawe projekty i inicjatywy. A Gdynia ma ogromny potencjał: dużo przestrzeni, restauracji, lokali, i oczywiście Drugi Dom, który jest jednym z ważniejszych miejsc dla tutejszej sceny.
Trójmiejski vibe to też specyficzne połączenie pokoleń – młoda, bardzo świeża publiczność miesza się z ludźmi, którzy są na scenie od wielu lat. Jest w tym dużo życzliwości, empatii i otwartości. Tutaj każdy może się czuć swobodnie, niezależnie od doświadczenia. To właśnie ta mieszanka pokory, wolności i wspólnoty sprawia, że Trójmiasto ma tak wyjątkowy klimat.
Prowadzisz program „Dźwiękotwórczy” – dostępny na YouTube i Spotify. Rozmawiasz tam z artystami o muzyce, procesach, inspiracjach. Komu polecasz subskrybcję swojego kanału?„Dźwiękotwórczy” to dla mnie coś więcej niż tylko program. To część całej układanki, którą buduję razem z HighWaveFreq. Chciałem stworzyć przestrzeń, w której można porozmawiać o muzyce bez spięcia, bez reżyserii, po prostu od serca. Dlatego zapraszam do mojego studia ludzi ze środowiska klubowego – producentów, DJ-ów, bookerów, organizatorów, ale też zwykłych pasjonatów muzyki, tych, którzy po prostu kochają dancefloor. Każdy z nich ma swój kawałek historii, swoje emocje i swoje doświadczenie.
Pierwszy sezon to osiem odcinków – na razie powstało pięć. Zobaczę, jak się przyjmą, ale już teraz widzę, że to ma sens. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby pokazać ludzi takimi, jacy są naprawdę. Bez cięć, bez wygładzania, bez udawania telewizji. Czasem się przejęzyczę, czasem powtórzę to samo słowo kilka razy, ale to jest właśnie część tej prawdy – ja też jestem człowiekiem, nie prowadzącym talk-show. Chodzi o szczerość i autentyczny kontakt.
W moich rozmowach nie ma scenariusza – jest emocja, gest, spojrzenie, chwila, która tworzy całą historię. To, co mnie najbardziej cieszy, to to, że moi goście też to czują. Ich pasja i wrażliwość potrafią naprawdę poruszyć, a właśnie o to mi chodzi – żeby zainspirować innych producentów, DJ-ów, ludzi, którzy może stoją w miejscu, bo brakuje im odwagi. Chcę pokazać, że każdy z nas zaczynał od zera i że wrażliwość to nie słabość, tylko siła.
„Dźwiękotwórczy” to trochę misja – rozmowy o muzyce, o ludziach, o emocjach, które stoją za dźwiękiem. Nie robię tego dla zasięgów, tylko po to, żeby zostawić coś prawdziwego, co może komuś pomóc uwierzyć, że jego własna historia też ma sens.Odcinki są dostępne na większości platform podcastowych – na Spotify, Apple Podcasts oraz w wersji wideo na YouTube – tak, żeby każdy mógł chłonąć tę energię w taki sposób, jaki mu najbardziej odpowiada.
Bo w muzyce najważniejsze jest to, co czujesz – nie to, jak perfekcyjnie to brzmi
Jakie są plany Marboca na resztę roku i te najbardziej śmiałe na 2026?
Końcówka tego roku upływa mi głównie pod znakiem pracy nad rozwojem HighWaveFreq. Ten projekt pochłonął mnie totalnie – to coś, w co włożyłem całe serce i energię. Oczywiście gram, pojawiam się na eventach i wydaję muzykę, ale świadomie podjąłem decyzję, żeby na chwilę zwolnić tempo i zbudować solidne fundamenty pod przyszłość. Chcę, żeby HighWaveFreq działało trochę automatycznie – wtedy będę mógł w pełni wrócić do twórczości jako Marboc.
Nie mam za sobą agencji bookingowej, wszystko ogarniam sam – od kontaktów po social media – więc bywa to wyzwanie. Ale właśnie dlatego chcę uporządkować pewne rzeczy, żeby od 2026 móc skupić się w stu procentach na muzyce.
Do końca tego roku pojawią się jeszcze pojedyncze utwory na składankach oraz podcast dla CMND CNTRL. Natomiast przyszły rok zapowiada się zdecydowanie mocniej. W planach mam dwa podcasty dla większych graczy – jeden z nich mogę już zdradzić: BCCO na początku roku. Powoli przygotowuję też czwarty album Marboca, który będzie w pełni techno – surowy, cięższy, bardziej hipnotyczny niż poprzednie wydania. Oprócz tego planuję kilka mniejszych EP-ek i – co dla mnie duży krok – pierwsze live-acty w ambientowym brzmieniu.
Techno zostaje ze mną na długo – to mój fundament i forma ekspresji, ale ambient daje mi oddech i przestrzeń. Chcę, żeby w 2026 oba te światy zaczęły się coraz mocniej przenikać – w studiu, w setach i na scenie.
Ulubiona impreza na której grałeś bądź tańczyłeś w tym roku, to..? Podzieliłbym to pytanie na dwa momenty – jeden, w którym grałem, i drugi, w którym po prostu tańczyłem.
Jeśli chodzi o imprezę, na której byłem jako uczestnik, to bez wahania wskazałbym Instytut 25 lat. To był absolutny pokaz energii, doświadczenia i pasji. DJ Rush – mój idol i legenda – zagrał set, który pokazał, że czasami wystarczą dwa playery, żeby stworzyć coś absolutnie niepowtarzalnego. Zero zbędnych ozdobników, tylko czyste, surowe granie, które zostaje w głowie na długo. Następnego dnia Marcel Dettmann zrobił coś zupełnie innego – zbudował set, który był jak historia, od pierwszego do ostatniego utworu. Minimalizm, luz, emocje – wszystko na miejscu. To są te momenty, które przypominają mi, dlaczego kocham tę kulturę.
A jeśli chodzi o imprezy, na których grałem – w tym roku były dwa wyjątkowe wieczory. Pierwszy w Szczecinie, gdzie dzieliłem scenę z Regentem. To był niesamowity vibe, z którego narodziła się nie tylko muzyczna chemia, ale też prawdziwa przyjaźń.Drugi to Drugi Dom w Gdyni i cykl Waga – kameralna impreza, małe pomieszczenie, kilkanaście osób, winyle i czysta energia. To ten typ wydarzenia, gdzie wszyscy są ze sobą połączeni, gdzie znikają granice między DJ-em a publiką. Czujesz, że jesteście rodziną. Tylko muzyka, igła, dźwięk i ludzie, którzy są dokładnie tam, gdzie powinni być.
To właśnie te dwa światy – duże festiwale i małe, lokalne imprezy – tworzą moją równowagę. Jedno inspiruje, drugie uziemia. I oba przypominają, że magia muzyki nie zależy od rozmiaru sceny, tylko od emocji, jakie ze sobą niesie.