Features

BŁAŻEJ MALINOWSKI: WSZYSTKO, CO ROBIĘ, MUSI WSPÓŁISTNIEĆ Z AUTENTYCZNIE BIJĄCYM, ARTYSTYCZNYM SERCEM

Błażej Malinowski to z pewnością jeden naczelnych „produktów eksportowych” polskiej muzyki elektronicznej.

  • Credits: Artur Wojtczak | Photos: Monika Kozak, Dominic Leix
  • 17 lipca 2025

Błażej Malinowski to z pewnością jeden naczelnych „produktów eksportowych” polskiej muzyki elektronicznej.

Ten wybitny DJ, producent, live-actowiec, działający od blisko 20 lat na scenie klubowej opowiada w wywiadzie dla Mixmag Poland o łączeniu hipnotycznego techno z eksperymentalnymi dźwiękami, swojej neurotycznej naturze i jej wpływie na kreatywność, otwartości na nowe brzmienia przy jednoczesnej świadomości muzycznych korzeni oraz o tym, co buduje bądź niszczy kulturę DJ-ingu.

Artur Wojtczak: Błażeju, twoja postać jako muzyka składa się z bardzo wielu elementów: eksperymentator, producent, DJ, pomysłodawca audycji radiowych, właściciel labelu. Czy te wszystkie elementy stworzyły ciebie i Twoją markę jako Błażej Malinowski?

Błażej Malinowski: Cześć, przede wszystkim dzięki za zaproszenie do rozmowy!

Zawsze traktowałem wszystkie elementy mojego życia twórczego jako spójną całość, ponieważ wszystko, co robię, ma wspólny i niezmienny rdzeń. Chcę tworzyć i promować brzmienia, które uważam za wartościowe. Muzyka i sztuka mają wiele odcieni, dlatego podążanie własną drogą i działanie na własnych zasadach to aspekty, które pociągają mnie w tym świecie najbardziej – nawet jeśli nie zawsze jest to łatwe.

Od zawsze jednak to praca w studiu i granie były i pozostają dla mnie najważniejsze. Jak wspomniałeś, przez ostatnie 20 lat działałem na różnych polach, więc otwartość na nowe doświadczenia jest dla mnie istotna. Jednocześnie wszystko, co robię, musi współistnieć z autentycznie bijącym, artystycznym sercem.

Artur Wojtczak: Rozmawiamy świeżo po występie, na jaki bardzo czekałeś – Daad Gathering. Jak ci się tam grało, jaka była energia?

Błażej Malinowski: Występ na Daad Gathering był od jakiegoś czasu moim małym marzeniem.
Organizatorzy, tworzą także Ozora Festival – wydarzenie kilkukrotnie większe, choć o zupełnie innym charakterze i lineupie, mimo że odbywa się w tym samym miejscu. Po moim występie w 2023 roku bardzo chciałem zagrać na scenie Dome, właśnie na Daad, która – w moim odczuciu – jest jedną z najciekawszych scen na całym terenie. Jest to przestrzeń stworzona do muzycznych eksploracji, ze wspaniałymi wizualizacjami i światłem. Muzycznie można tam znaleźć wszystko – to miejsce daje ogromną swobodę artystyczną podczas występu. Samo granie było wspaniałym doświadczeniem. Miałem przyjemność wystąpić po Out of Place Artefacts (Rødhåd i Vril), dlatego pozwoliłem sobie na pełne spektrum – od ambientu, przez eksperyment, po techno – ale w bardzo stonowanym tempie, co w ostatnich latach staje się coraz trudniejsze.

Artur Wojtczak: Twoje występy są bardzo zróżnicowane i ty sam żonglujesz stylami: od ambientu po eksperymentalną elektronikę oraz taneczne, hipnotyczne techno. Czy każda z tych form artystycznej ekspresji jest ci równie bliska?

Błażej Malinowski: Tak, oczywiście – nigdy nie gram tego, czego sam nie chciałbym usłyszeć.

Od momentu powrotu do grania DJ setów mam więcej przestrzeni na eksplorację i ekspresję, co dało mi ogromne poczucie świeżości. Przez kilka dobrych lat grałem wyłącznie swoje live-acty, ale z czasem okazało się, że obracanie się tylko wokół własnej muzyki zaczęło mnie nieco męczyć.

Twórczo był to bardzo intensywny i rozwijający okres, ale dziś czuję, że balans pomiędzy DJ setami a Live-actami bardzo mi służy. Mam też znacznie więcej radości z przygotowań do występów Live, bo mam na nie zwyczajnie więcej czasu i przestrzeni.

Na ten moment live „Nocturnal Shadows” to materiał o charakterze performatywnym, koncertowym, którego premiera miała miejsce na Up To Date Festival wraz wizualizacjami od Cosmodernism. Kolejny Liveact – techno – jest już praktycznie gotowy i będzie związany z moim nadchodzącym albumem.

Artur Wojtczak: Pamiętam moment, gdy wchodziłem na Twój występ w stołecznym klubie Jasna 1 i ukazywał mi się widok przeniesionej didżejki, wielkiego set up’u na środku Sali, by wrażenia soniczne były jeszcze bardziej potężne. Miałem wrażenie, że ta skrupulatność, dbałość o każdy szczegół stworzy muzyczne misterium, ceremonię dźwięku. Nie myliłem się.

Błażej Malinowski: Bardzo mi miło, że to piszesz, bo tamta impreza była jedną z moich ulubionych, jeśli chodzi o atmosferę na parkiecie. Występy na Jasnej 1 są dla mnie zawsze bardzo szczególne i wyjątkowe, bo czuję się tam jak w domu — pośród bardzo oddanej publiki. Układ sceny tylko spotęgował doznania podczas live'ów D-Leria i set’u good.little.evening. Mam to szczęście, że przy okazji rezydentury w klubie mogę zapraszać artystów, których cenię — niezależnie od tego, gdzie aktualnie znajdują się na szczeblach subiektywnej, percepcyjnej kariery.

“Music is Everything!”

Następne Inner Tension Night jest już potwierdzone, ale będę o tym mówił niebawem.

Artur Wojtczak: Na świecie mamy wielką ilość muzycznych producentów, ale tylko część z nich zasługuje na określenie „kompozytor muzyki elektronicznej”. Czy ty pracując nad nowymi trackami, czujesz się jak kiedyś kompozytorzy muzyki awangardowej?

Błażej Malinowski: Odkąd pamiętam, moja neurotyczna natura sprawia, że mam o wiele więcej pomysłów niż przestrzeni na ich realizację. To od zawsze wewnętrzna gonitwa z czasem i własnymi celami. Czasem bywa to frustrujące, ale w końcowym rozrachunku doceniam ten proces, bo chcę wydawać rzeczy, których jestem pewny w momencie wysyłki.

Moje odczucia nie mają tu większego znaczenia, bo odbiór tego, co tworzę, jest już poza mną — zostawiam to indywidualnej interpretacji. Osobiście najważniejsze jest dla mnie to, by wydobyć ze wszystkiego, co robię, jak najwięcej emocji — i to traktuję jako mój język komunikacji. Ocenę i definicje pozostawiam innym…

Artur Wojtczak: Kiedyś wspólnie z Michałem Wolskim tworzyliście audycję Fünfte Strasse, która wyedukowała sporo klubowiczów i raverów. Nie masz wrażenia, że w roku 2025, w tych szybkich czasach, konsumujemy muzykę za szybko i takich audycji bardzo brakuje?

Błażej Malinowski: FS to jeden z projektów, z których jestem najbardziej dumny.12 lat samej audycji (w sumie 600 niedziel), organizacja wydarzeń – to kawał historii i mówienia, na swój sposób, o tym, co nas z Michałem interesuje. Masz absolutną rację, że konsumowanie muzyki jest teraz nieporównywalnie szybsze niż kiedykolwiek. Szkoda, choć nie wiem, czy da się to odwrócić. Dlatego tak ważne jest, abyśmy promowali odmiany tego, co kochamy, w różnych kontekstach i formułach. I mówię tu o producentach, DJ-ach, promotorach, klubach czy festiwalach lub audycjach radiowych.

Muzyka od zawsze jest swego rodzaju sinusoidą, dlatego istotna jest otwartość i przestrzeń dla nowych osób, przy jednoczesnej świadomości korzeni – bo tylko dzięki temu scena zyskuje swój pełny potencjał.

Artur Wojtczak: Stoisz za swoim labelem Inner Tension, ale nagrywasz też np. dla polskiego International Day Off czy Semantiki. Jak dobierasz swoje tracki, by trafiły pod właściwe skrzydła i miały odpowiednią promocję?

Błażej Malinowski: Inner Tension to platforma, o której zawsze marzyłem — daje mi możliwość wydawania rzeczy w tempie, na jaki pozwala mi moje życie, bez żadnych zewnętrznych nacisków. To mój osobisty pamiętnik tego, czym się zajmuję i co mnie w muzyce najbardziej fascynuje. Po kilku wydaniach związanych bezpośrednio ze mną, wydałem pierwsze duże składanki — i to moment, który otwiera kolejny rozdział w historii wytwórni. Chciałbym, aby muzyka artystów, którzy mnie inspirują, miała także przestrzeń do prezentacji tego, co robią. Byłoby wspaniale gdyby działo się to nieco częściej, ale jako że pracuję samodzielnie nad każdym aspektem wydawnictw, wszystkie plany naturalnie się wydłużają.

Jeśli chodzi o labele, z którymi współpracuję — nie tworzę muzyki pod konkretną oficynę, raczej wysyłam gotowe rzeczy, które w moim odczuciu mogą pasować do ich koncepcji. Choć nigdy nie jest to pierwszy impuls ani cel sam w sobie.

Do tej pory miałem tyle szczęścia, że jeszcze nie zdarzyło mi się, by ktoś odmówił wydania po wysłaniu pełnego projektu.

Artur Wojtczak: Jakie są zasadnicze różnice w tzw. DJ life w okresie ostatnich 10 lat? Jakie zmiany uznałbyś za korzystne, a jakie niszczą kulturę DJ-ingu?

Błażej Malinowski: Zdecydowanie mniejsza dywersyfikacja sceny i projektów widocznych na scenie, które nie są bezpośrednio związane z masowymi imprezami. Mam wrażenie, że po pandemii budujemy kolejną, nową rzeczywistość i staramy się znaleźć równowagę między muzyką popularną, a tą bardziej awangardową. W moim odczuciu otwartość na to, co nieznane, nieco zanikła.

Od zawsze jednak wierzę, że duże, masowe projekty to swego rodzaju drzwi do odkrywania nowych światów — tam, gdzie sezonowość przestaje mieć znaczenie, a dla wielu może to być początek innych, głębszych doświadczeń.

Artur Wojtczak: „Nocturnal Shadows” – twój nowy project live z Cosmodernism miał swoją premierę podczas Salonu Ambientu na festiwalu Up To Date. Jak długo pracowaliście nad tym przedsięwzięciem i jaki był feedback festiwalowiczów?

Błażej Malinowski: Przygotowania do tego materiału zacząłem w listopadzie zeszłego roku — to był moment, w którym emocjonalnie nie byłem w najlepszym miejscu, a dodatkowo zmagałem się z bezsennością. Tworzenie klubowej muzyki było wtedy dla mnie bardzo trudne. Sam proces twórczy był wymagający, a późniejsze przygotowania do występu live jeszcze bardziej, ponieważ od początku miałem bardzo konkretny plan i wizję na całość — łącznie z progresją całego występu.

Koncepcja na współpracę Cosmodernism z narodziła się już kilka lat temu, przy okazji premiery płyty Keen DistressOvershadowed, którą stworzyłem wspólnie z RTMTS (Robertem Matysiakiem). Niestety, wtedy — z różnych powodów — nie udało się tego zrealizować.

Pomysł na nasze wspólne Audio Visual Show pojawił się tuż przed Up To Date i tym razem wszystko się udało, z czego ogromnie się cieszę.

Odpowiadając na główną część pytania — miałem pełne zaufanie do tego, co zrobi Kamil. Jedyne, co ustaliliśmy, to zakres kolorystyczny, w jakim jego mikroskopowe wizualizacje miały się poruszać. Wierzę, że w przypadku takich projektów każdy artysta powinien mieć absolutna wolność w tworzeniu.

Tylko dzięki temu mogą dziać się rzeczy wyjątkowe.

Artur Wojtczak: Grywasz na całym świecie – czy w ciągu ostatniego czasu jakieś miejsce lub lokalna scena jakoś szczególnie cię zachwyciły?

Błażej Malinowski: Od zawsze najlepiej wspominam trasy po Ameryce Południowej i Azji. To dwa zupełnie odległe kontynenty, z całkowicie różną energią na parkiecie, które pokazują, że muzykę można doceniać równie głęboko — mimo skrajnie odmiennej ekspresji. Dodałbym do tego również wydarzenia w Gruzji, Berlinie ale także wiele innych miejsc, które trudno teraz wymienić, bo to zawsze bardzo subiektywne i silnie związane z konkretnymi wydarzeniami.

Trudno opisać to ogólnikami, bo każda scena rządzi się swoimi prawami — ale właśnie tego typu doświadczenia dają mi ogromną perspektywę na to, co aktualnie dzieje się na różnych scenach na świecie.

Artur Wojtczak: Od wielu lat twoim domem z wyboru jest Berlin. Pojawiasz się jednak co jakiś czas w Warszawie – jak oceniasz oba miasta a perspektywy ostatnich lat? Czy są jakieś miejsca w polskiej stolicy, które przekornie przeniósłbyś do Berlina?

Błażej Malinowski: Warszawa od dawna ma już swój specyficzny, własny ekosystem, dlatego unikam porównań z tym, co można byłoby zrobić „tak jak w Berlinie”. Mamy bardzo dobre kluby i artystów oraz artystki, zatem wolałbym się skupić na tym, abyśmy mówili o tym, że robimy to dobrze — po swojemu. Każde miasto i kraj mają różne możliwości, dlatego tego typu porównania deprecjonują to, co udało się nam osiągnąć przez ostatnie naście lat. Paradoksalnie, do Berlina przeniósłbym nieistniejący już klub FOMO (nie z Warszawy, a z Białegostoku). Wydaje mi się, że wielkość miejsca w tamtej aranżacji wnętrza, dźwięku i świateł byłaby idealnym dopełnieniem berlińskiej sceny.

Artur Wojtczak: Pochodzisz z historycznego i pięknego Torunia, które było m.in. ważnym ośrodkiem kształtowania się kultury klubowej w Polsce i jedną z kolebek drum’n’bass. Jak wspominasz swoje rodzinne miasto?

Błażej Malinowski: Wyprowadziłem się z Torunia na tyle dawno temu, że byłoby nadużyciem odnosić się do aktualnej kondycji tamtejszej sceny. Jednak to, co poznałem w wieku nastoletnim, bez wątpienia dało początek temu, czym zajmuję się dzisiaj. To było ogromne doświadczenie i czas intensywnych poszukiwań — bez świadomości, dokąd mnie to wszystko zaprowadzi.

Chciałbym zaznaczyć, że od zawsze klub NRD był dla mnie kolebką tego, co w Toruniu najważniejsze. Jest mi bardzo smutno, że taka instytucja zakończyła swoją działalność, bo było to miejsce szczególne na mojej personalnej mapie miasta (2003–2025). Bez względu na zmiany właścicieli było to chyba jedyne miejsce, do którego zawsze z chęcią wracałem.

Artur Wojtczak: Jakie są Twoje plany na drugą połowę roku 2025?

Błażej Malinowski: Moje plany od lat są niezmienne — być i działać! Poza występami, aktualnie pracuję nad ukończeniem płyty Nocturnal Shadows, którą planuję wydać na Inner Tension po wakacjach. W międzyczasie pojawią się także wydania kompilacji i remiksy, które niedawno ukończyłem.

Następna strona
Ładowanie...
Ładowanie...