Features
CRACKHOUSE: Będąc przekonanymi o własnej jakości, nie musieliśmy być xeroboyami
CRACKHOUSE to gdański klub, który z pewnością zapewnił sobie miejsce w polskiej czołówce imprezowni. Znakomity soundsystem, kapitalny design i otoczenie lokalizacja oraz świetne community czynią te miejscówkę naprawdę wyjątkową.
Spotkaliśmy się więc z osobami stojącymi za sukcesem Crackhouse’u: Szymonem Nowickim, Piotrem Kleina, Radkiem Łokuciejewskim i Maksem Tuźnikiem.
Rozmawiam z nimi o koncepcie na klub doskonały, undergroundowych początkach, walce jakością zamiast konkurowania z innymi, najnowszych kooperacjach z innymi miejscówkami oraz specyficznym, typowo trójmiejskim podejściu do życia.
Artur Wojtczak: Crackhouse to w mej opinii jeden z najlepszych klubów w Polsce – rzekłbym nawet: archetyp, wzorzec klubu idealnego. Mam tu na myśli nagłośnienie, wystrój, publiczność jaka was odwiedza i fantastyczną lokalizację na industrialnym terenie stoczniowym. Czy słyszycie takie opinie np. od zagranicznych gości?
Crackhouse: Tak, przykładamy dużą wagę do samej jakości imprezy. Wybierając miejsce zależało nam na tym, żeby cały projekt był spójny od lokalizacji przez klimat po muzykę. Praktykujemy też słynną polską gościnność, może tego nie widać na pierwszy rzut oka, ale dużą częścią tego klimatu jest nasze zaangażowanie i dbanie o to, żeby goście oraz osoby występujący czuły się u nas jak w domu. Odczuwa się to potem na parkiecie, ponieważ kiedy artysta czuje się komfortowo i ma przed sobą dobry tłum, to sama impreza ma lepszy i autentyczny feeling. (It’s not a crackhouse it’s a crack HOME)
Działacie już na imprezowym rynku jakieś 8 lat. Jakie były te początki?
Początek to był można powiedzieć delikatny krok w nieznane. Działalność rozpoczęta na czystej zajawce, bez żadnego rozbudowanego planu, jedyne co było prawie pewne to magazyn, do którego mieliśmy dostęp. Bazowaliśmy na chęci dostarczenia (przynajmniej na początku) znajomym możliwości dobrej zabawy. Robiąc jedną imprezę nie wiedzieliśmy czy kolejna się odbędzie, było to coś co chcieliśmy robić, a nie przymus. Jednak nie wyobrażaliśmy sobie wrócić po tym wszystkim do domu i nie myśleć jak zorganizować kolejną. Emocje, które towarzyszyły temu wszystkiemu co tam się działo i obserwowanie ludzi dawało nam motywację do robienia kolejnych imprez. Widząc wzrost zainteresowania naszymi imprezami i możliwość utrzymania się z tego chyba każdy z nas wiedział, że to musi trwać.
Podkreślając cały ten entourage undergroundu, wspomnijmy od razu o nielegalnych rave’ach, jakie robiliście, m.in. zapraszając ludzi z kolektywu Cxema. Opowiedzcie mi kilka historyjek z tego okresu!
Ciężko ubrać to w słowa, gdzieś tam czuliśmy się jak byśmy grali w symulator klubu bez budżetu. My sami spotykaliśmy się przed i co imprezę zmienialiśmy układ lokalu, żeby każdy event wydawał się bardziej oryginalny. Otwieraliśmy kolejne pokoje czy dostosowywaliśmy strefę przed budynkiem i tak powstała nasza druga scena czy pierwsze patio. Do dziś czasem odpalamy filmiki jak kopiemy doły pod jakieś słupy czy robimy zdjęcia pod wiszącymi lampkami świątecznymi i ławkami skręconymi z palet dumni z siebie jak byśmy rozłożyli scenę na Tomorrowlandzie.
Czy znalazłszy miejsce na klub, mieliście od razu spójną koncepcję jak ona ma wyglądać i funkcjonować?
Ogólnie każdy z nas wiedział w jakim klimacie ma być ten lokal. Byliśmy zawsze otwarci i ciekawi swoich pomysłów nawzajem. Każdy z nas miał przygotować swoją koncepcje na układ klubu czy inspiracje którymi chcieli się kierować. Zderzaliśmy swoje pomysły i wypadkową tego było to co powstało teraz.
Czy wzorowaliście się na jakichś innych miejscach w Europie?
Wiadomo, że gdzieś tam inspirował nas Zachodni klimat albo kluby, które widzieliśmy do tego czasu zwiedzając jakieś miejsca w Europie. Prawda jest taka, że do chwili otworzenia tego miejsca nie byliśmy osobami z branży czy z tego klimatu. Coś tam przeżyliśmy czy zobaczyliśmy, ale głównym motywem było to, że chcemy stworzyć miejsce, w którym chcielibyśmy bawić się sami. Stąd oprócz dobrze zaaranżowanych scen pod względem dźwięku czy światła możecie u nas zagrać w tenisa stołowego czy koszykówkę.
Czy wasze doświadczenia jako raverów miały tu duże znaczenie? Czy doświadczyliście np. imprez w legendarnym sopockim Sfinksie? A może Crackhouse to taka wypadkowa najlepszych cech nadmorskich klubów?
Tak, w Trójmieście imprezowaliśmy sporo jako młode chłopaki. Sfinks to nasze pierwsze przetarcia, jeżeli chodzi o muzykę elektroniczną. Swego czasu jeździliśmy też na Ulicę Elektryków która pokazała nam wielokrotnie dużo jakościowej muzyki i skalę jaką mogą osiągnąć te imprezy. Zamknięta już Ziemia nakreśliła nam, czym jest zżyte community klubu. Z jednej strony jesteśmy zlepkiem najlepszych cech tych klubów, ale z drugiej strony nigdy nie próbowaliśmy ich kopiować, tylko staraliśmy się stworzyć nowe i unikalne miejsce.
Wchodząc do Crackhouse, można od razu zapoznać się z waszymi „house rules”, mówiącymi o szacunku do innych na parkiecie, przypomnienie o zasadzie PLUR. ”Jeżeli nie potrafisz przeżyć tego, że nie każdy jest taki jak ty, to u nas nie ma dla ciebie miejsca”. Czy te jasne reguły pomogły wam zbudować solidne, jednolite klubowe community?
Dużo się słyszy teraz o tym, że soundsystem jest głównym punktem imprezy. Od początku dbaliśmy o akustykę i jakość dźwięku, ale nigdy nie zapomnieliśmy o tym, że impreza to ludzie. Zasady jakie można znaleźć u nas - można by powiedzieć - wyryte na ścianie przy wejściu, były rzeczą oczywistą w procesie powstawania tego miejsca. Community, poczucie akceptacji i bezpieczeństwa to jest to co tworzy dobry vibe na parkiecie czy w klubie. Czym by był jakościowy sound i realizacja bez publiki, dla której ma grać? Pozdrawiamy wszystkich Crackheadów!
Mówi się, że trzymacie się dobrze ze wszystkimi – nie konkurujecie, lecz walczycie o swoje jakością. Czy to specyficzny trójmiejski vibe czy wasz sposób na życie i biznes?
Celnie skonstruowane pytanie, jest to trochę mieszanka wszystkiego co tu wymieniłeś. Rzeczywiście życie w Trójmieście cechuje się specyficznym -można powiedzieć -zrelaksowanym podejściem do wielu rzeczy. Do tego przekonani o swojej jakości nigdy nie musieliśmy się uciekać do jakiś brudnych sztuczek lub bycia xeroboyami. Otaczają nas też ludzie z głowami otwartymi na pomysły czy współpracę, więc to ułatwiło utrzymanie dobrych relacji na lokalnej scenie.
Czy jest jakaś impreza z przeszłości, którą wszyscy zgodnie określilibyście jako taką do zapamiętania na całe życie?
Nigdy nie zapomnę, jak „uderzył nam rok w undergroundzie”. Magazyn był wtedy nabity po korek, zaprosiliśmy poważnego zagranicznego artystę po raz pierwszy. Najbardziej wiekopomnym momentem było jak DJ zagrał nam sto lat, cała sala nam śpiewała, a my oblewaliśmy ludzi najtańszym szampanem z Żabki. Ostatnia część nikomu się nie spodobała i nawet nas wyzywali, ale dla nas to był jeden z piękniejszych momentów w historii robienia imprez.
Współpracujecie z wieloma artystami, ale i klubami tworząc kolaboracje np. z Jasną Jeden, MUSE Festivalem. Jakie macie jeszcze plany wychodzenia poza swoją bańkę i szukania nowych pól działania?
W rozmowach między nami od dawna przewijało się, że na klubie się nie skończy i stawialiśmy na rozwój. Renoma Crackhouse spowodowała, że zostajemy zapraszani do różnych kolaboracji i te okazje pozwalają nam na sprawdzanie się w różnych rolach i rozwiazywanie nowych przeszkód czy zadań. Zawsze będziemy starać się szukać sposobów na rozwój i tworzyć ciekawe inicjatywy.
Zaczyna się sezon letni – czy pracujecie już nad kalendarzem imprez jesienno-zimowych?
Nasz dział bookingowy działa prężnie cały rok z poważnym wyprzedzeniem. Kalendarz ma wypełniane daty daleko w przód, aby móc załatwić dla naszych odbiorców najlepszej jakości występy najciekawszych artystów. Musicie bacznie obserwować nasze socjale i sprawdzać ogłoszenia, bo w sezonie klubowym znajdziecie u nas dużo ciekawych wydarzeń.
Czy Crackhouse planuje jakieś zmiany?
Na każdy sezon letni i zimowy staramy się zaskoczyć naszych klientów ulepszeniami klubu, nowym nagłośnieniem czy aranżacją różnych przestrzeni albo spontaniczną drugą sceną w środku. Może nie są to gruntowne zmiany, ale zawsze wnoszą ciekawe rozwiązania, dzięki którym przestrzeń wydaje się żyć sama w sobie a nie stoi w miejscu.




