Features
NIEDZIELNI: Jesteśmy pomostem do powrotu dla tych, którzy wypadli z clubbingu
Niedzielni to cykl imprez Mikiego Kudełki i Damiana Ziółkowskiego, którzy z ogromnym powodzeniem rozkręcili poranne imprezy w kawiarniach w Warszawie.
W naszym wywiadzie dla Mixmag Poland poruszamy kwestie różnic, ale i wspólnych płaszczyzn pomiędzy kawowymi imprezami rannymi, a klasycznym nightlife.
Rozmawiamy o tym, że dzienne tańce w kawiarni są dla wielu ponownym punktem wejścia do prawdziwego życia klubowego. Czy tańczenie w piekarni to odzieranie clubbingu z magii? Czy kopiowanie schematu wychodzi wszystkim na dobre? Czy pandemia zachwiała procesem przekazania „klubowej pałeczki” kolejnemu pokoleniu?
O tym wszystkim przeczytacie poniżej.
Artur Wojtczak: Jesteśmy dziś na waszej kolejnej imprezie – w żoliborskim Baken Barze. Jak będzie dziś wyglądało to coffee party?
Damian: Te nasze imprezy określamy trochę jak swoiste spotkania przyjaciół przy kawie i tańczeniu. Jesteśmy alternatywą dla nocnego wychodzenia do klubów, a może nawet takim pomostem dla tych, którzy po części wypadli z imprezowania. Powiem ci, że znamy przypadki, gdy ludzie odnajdują się w tłumie u nas - nawet po 20 latach niewidzenia! I na co dzień może by się nie spotkali. I jest z nami dziś klub biegaczy Morning Running Club, którzy co niedziele biegają spod pomnika Syrenki i przybiegają do nas. Nie rozchodzą się więc do domów tylko gadają i tańczą na imprezie.
Skąd pochodzicie , jaki jest wasz muzyczny background?
Miki: U mnie przygoda z graniem zaczęła się w pandemii. Zamknięty w mieszkaniu pomyślałem, że chcę nauczyć się didżejować, skoro jest ku temu czas. Zainstalowałem rekordboksa, nie mając konsoli. Wcześniej chodziłem na wiele imprez znajomych kolegów DJ-ów. Wywodzę się zresztą ze środowiska hip-hopowego, jeździłem na deskorolce. Ucząc się grać, zacząłem od hip-hopu, by potem nauczyć się grać muzykę house. Potem zacząłem też eksperymentować z funkiem, podążając też ku różnym odmianom elektroniki.
Damian: Dodam, że Miki od dziecka żyje muzyką i obraca się wokół niej – tak jak zresztą jego rodzina, która żyła muzyką. Tak to się musiało skończyć! (śmiech)
Jaki jest u was podział ról w Niedzielnych?
Damian: Miki oczywiście gra, a ja jestem projektantem graficznym, ogarniam stronę marketingowo-produkcyjną i organizacyjną plus oczywiście wizualną. Bazujemy na obopólnym zaufaniu co do wybranej stylistyki.
Kiedy powstał pomysł na imprezy dzienne u was? Bowiem na świecie tego rodzaju imprezy odbywały się już od 2010 roku. Czy był jakiś moment czy wideo z zagranicznej imprezy, gdy w waszych głowach wykluł się pomysł, by zaimplementować go na polskie warunki?
Miki: Na Instagramie już po raz kolejny wyświetlała nam się rolka z AM Radio z Los Angeles. Wcześniej podesłała mi te filmiki koleżanka Damiana – Marta, którą tu zresztą dziś spotkaliśmy…
Tak – i dodam, że Marta Ciastoch sporo siedziała zawsze w muzyce klubowej – współpracowaliśmy zresztą razem przy tekstach o polskiej scenie, gdy była szefową magazynu Noizz…
Damian: Świat jest mały! (śmiech) I wtedy - po obejrzeniu kolejnych filmów z imprez - powiedziałem do Mikiego: Dawaj, zróbmy coś takiego!
Miki: A że znamy się jakieś 20 lat, to nie mieliśmy żadnych wątpliwości.
Damian: Wiedziałem od początku, że Miki jest odpowiednią osobą, by tak muzycznie i pozytywnie otwierać dzień muzyką. Pamiętajmy, że jesteśmy alternatywą dla innych imprez – m.in. poprzez fakt, ze są to imprezy bezalkoholowe. I „klei się to” z nami, bo Miki od 14 lat jest abstynentem.
Wasze imprezy wpisały się w trend niepicia alkoholu – zwłaszcza przez to najmłodsze pokolenie. Jest to też pokolenie, które stroni od wychodzenia, woli oglądanie seriali w domu. Mówi się, że to wpłynęło na spowolnienie rozwoju clubbingu – co na ten temat sądzicie?
Damian: Na naszych imprezach ludzie chcą się widzieć, chcą się jednoczyć, chcą być razem - to jest wspólny mianownik. Trochę spełniliśmy więc ich oczekiwania.
Miki: Żyjemy wszak w post- pandemicznym świecie, gdzie szereg nawyków jakoś z nami została…
Damian: Mieliśmy ostatnio taką ciekawą rozmowę, że pewne rzeczy czy zachowania przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Tymczasem pandemia zachwiała tym procesem. Nie nastąpiło to „przekazanie „ jeśli chodzi o kulturę klubowania i kolejna generacja nie bardzo to poczuła. Nie dostatecznie dobrze został więc przekazany cały ten experience chodzenia do klubu i tego co tam się robi. Ci młodzi definiują to więc na nowo, filtrując ten proces przez swoje potrzeby. Młodzi szukali więc czegoś swojego, czegoś nowego i nasze imprezy wpisały się najwidoczniej w ich oczekiwania.
Czy to co robicie jest równoległym światem do życia nocnego, jakie znamy od dekad, czy nie są to w żaden sposób naczynia połączone?
Miki: Poniekąd jest to zbliżone, ale chyba są to oddzielne światy. Tu mamy dzień – tam imprezę nocną. Tu mamy kawę, a tam używki. W klubach nocą nie ma dzieci na imprezach – u nas są.
Damian: Samo światło dzienne dużo zmienia – to, że się nawzajem widzimy…
Miki: Ludzie, którzy imprezują wieczorem tańczą bardziej dla siebie, są mniej otwarci na innych, zwłaszcza, gdy jest ciemno.
No i muzyka techno jest też bardziej muzyka „wsobną”, zorientowaną na osobę tańczącą, jej własne przeżycia…
Damian: Gdy dawaliśmy pierwsze wywiady, byliśmy trochę w kontrze do imprez nocnych, ale ja teraz widzę, że jesteśmy tym systemem naczyń połączonych i nie jesteśmy dla nich konkurencją. Tymczasem dla osób, które ze sceny klubowej wypadły - bo np. mają dzieci, życie nocne było dla nich za ciężkie, mieli kłopoty z używkami - jesteśmy dla nich punktem ponownego wejścia do tego świata. Bowiem trudno byłoby im zacząć przygodę z clubbingiem od tańczenia w Luzztrze od 3-ej nad ranem po 10-letniej przerwie. Do nas można przyjść, spróbować, przypomnieć sobie tę atmosferę…
I z czasem wrócić też na wieczorny parkiet?
Damian: Dokładnie! Bo ten nocny dancefloor ma swoje ogromne wartości i jest potrzebny.
Spotkałem dziś tutaj na waszej imprezie dawną koleżankę, która zaczęła stronić od nocnych rave’ów i powiedziała mi, że nie może już patrzeć na tych ludzi, na ich uwikłanie w używki. Inny znajomy zdradził mi, że te kawowe imprezy pasują mu, bowiem tylko na nich nie czuje pociągu do rzeczy, przez które jest na terapii…
Damian: My też znamy takie historie, gdy np. osoba, która zmuszona była udać się do odosobnionego ośrodka leczenia uzależnień, bardzo tęskniła za tańcem, muzyką i nie chciała z tego rezygnować. Życie nocne oferowało wiele triggerów, ale nasze imprezy dały mu przyjemność bycia w ukochanym środowisku i przeżywania tego tanecznego experience na nowo.
Co powiecie na opinie, które zaczęły się pojawiać – również formułowane przez znanych DJ-ów i DJ-ki ze sceny – że wasze imprezy psują rynek, bo są za darmo i ludzie przyzwyczajają się, że rozrywka ma nie kosztować. Nie będą chcieli płacić za bilet, rozleniwiają się.
Miki: Tak, słyszałem takie opinie, ale nie są one prawdziwe. My jesteśmy jedną z niewielu imprez dziennych darmowych – jesteśmy pewnie nawet jedyni. Doprawdy ciężko jednej ekipie zepsuć rynek. Tymczasem to imprezy nocne są zawsze płatne i nagle jeden z cykli - dzienny – jest za free.
Polacy dość długo uczyli się bawić przy świetle dziennym - spójrzmy jak budował swoją markę warszawski Splot Słoneczny. Jeszcze kilka lat temu trzeba było zaczekać do zmroku, by zobaczyć tańczących ludzi. Dziś ta blokada została najwyraźniej przerwana…
Damian: Tak, Splot Słoneczny to przełamał i wyedukował ludzi, otworzył publikę. Dzięki temu mogliśmy zaczynać z innego poziomu… Fajnie, że nam przyszło zapoczątkować te ranne imprezy kawiarniane, których jak widzisz, jest teraz istny wysyp…
Wspomnijcie może przy okazji wasze nadchodzące collabo ze Splotem właśnie oraz łódzka Paradą Wolności, która odbędzie się w ostatni weekend sierpnia i potrwa aż 3 dni…
Damian: Splot Słoneczny otworzył drogę i pokazał, że można bawić się w ciągu dnia, my pojawiliśmy się kilka lat później i dołożyliśmy cegiełkę. To Splot Słoneczny zaprosił nas do współpracy, za co jestem wdzięczny i co potwierdza, że nie jesteśmy konkurencją, a uzupełnieniem lub łącznikiem.
Uważam też, że takie sytuacje pokazują bardzo ważne zmiany, że nie musimy wszyscy ze sobą konkurować i walczyć a wspólnie działać i tworzyć wyjątkowe wydarzenia. Ludzie są już zmęczeni przepychankami.
Całe wydarzenie będzie beforem przed Paradą Wolności, bardzo się z tego cieszę bo już sama nazwa wskazuje wartości, które są dla mnie najważniejsze czyli wolność, otwartość i po prostu bycie sobą.
Czy macie wrażenie , że tych imprez w piekarniach, coffee shopach zrobiło się zdecydowanie za dużo i zaczynają powszednieć?
Miki: I tak i nie. Faktycznie część z nich znika nam z IG, ale wszystko weryfikuje rynek. Czynników jest zresztą bardzo wiele, nie wystarczy skopiować pewien schemat.
Damian: My od początku postawiliśmy na uśmiech, luz. Poranne tańczenie w niedziele nie ma być kolejną pracą do wykonania, lecz rozrywką.
Czy poranne imprezy odzierają clubbing z magii ? Tej, która charakteryzuje nocne wyjścia: to czekanie w kolejce, zaznajamianie się z ludźmi, niepewność, czy przejdę selekcję, słuchanie dudniącego basu z klubu…
Damian: Nie mamy wprawdzie bramkarzy, dress code’ów, VIP roomu czy selekcji, ale magia jest, ale innego rodzaju. Bo my chcieliśmy, by to wszystko wyglądało bardziej jak spotkanie znajomych – niemniej jednak te 7 na 10 punktów mamy odhaczonych! (śmiech) My natomiast nie jesteśmy zamiennikiem imprez nocnych, lecz dowodem, że można się w wielu aspektach uzupełniać.
Zrobiliście już ponad 20 imprez, macie wielu fanów i zdecydowanie peak popularności. Czy myślicie o jakichś zmianach, usprawnieniach?
Damian: Na bieżąco uczymy się tego wszystkiego, mamy pewne pomysły. Z mojej strony powiem, że uważam warstwę wizualną za super element imprez nocnych. Ta jest w naszym przypadku wielkim wyzwaniem, bo mamy dzienne światło.
Nie ma roboty dla VJ-a…
Damian: Tak! I dlatego bardzo chciałbym dodać tego rodzaju elementy do naszych imprez w przyszłości. Ja wywodzę się ze świata grafiki generatywnej (pozdrawiam Pracownię Multimediów PJATK, dr hab. Annę Klimczak ), gdzie można sztuki wizualne kapitalnie pokazywać z muzyką.
Bardzo szybko zaczęła się wasza współpraca z markami – kosmetycznymi czy odzieżowymi. Co powiecie na stwierdzenie, że jest to zdrada undergroundu?
Miki: Pierwsze imprezy robiliśmy na własnym ryzyku, za własne pieniądze. Wraz ze wzrostem ich popularności rzeczywiście zaczęły odzywać się do nas marki. I uważamy, że nasza współpraca z nimi spełnia wszelkie normy przyzwoitości. Były bowiem brandy, którym odmawialiśmy od razu, bowiem kompletnie do nas nie pasowały – łącznie z alkoholowymi. Nie wszyscy wiedzieli , co tak naprawdę robimy.
Damian: Natomiast ciekawe jest to, co mówisz, bo przypomina mi to dyskusje ze środowiska, z którego też się wywodzimy – świata deskorolki. Chcesz jeździć na desce na olimpiadzie czy nie? Czy skateboarding na igrzyskach jest zły czy dobry?
Miki: Dzięki deskorolce na olimpiadzie staje się ona mainstreamowa, ale wiele osób nagle dowiaduje się też, że ten sport istnieje i biorą się za niego. I jest to duża szansa dla tego sportu na jego popularyzację.
Damian: Może też to wpłynąć na zmianę życia wielu skejtów, bo nagle ten sport może stać się ich regularną i lubianą przez nich pracą…Ciężko jest bowiem wyżyć za parę butów do deski i jeden blat. Mainstream i partnerstwa z markami nigdy nie wykluczą prawdziwych zajawkowiczów, lecz tę zajawkę zbudują.
Miki: Gdybyśmy my nie byli trochę mainstreamowi, nie byłoby tu też tylu ludzi i nie byłoby takiej zabawy.
Damian: Natomiast trzy imprezy temu zrobiliśmy niezapowiedziane party, oczywiście bez żadnych partnerów i wszyscy się świetnie bawiliśmy, był doskonały vibe. My nie mieliśmy zamysłu być O.G., być w undergroundzie, założenie było inne i nam pomogło w budowaniu naszej pozycji.
Marcin Rutkiewicz, były szef klubu Piekarnia powiedział mi w wywiadzie do książki „30 Lat Polskiej Sceny Techno”, że kluby, które płoną wysokim płomieniem, szybko gasną. Czy nie boicie się, że wasza ogromna popularność, może się kiedyś wypalić? Myślicie o tym?
Miki: Ja myślę o tym od samego początku i mam to gdzieś z tyłu głowy, że kiedyś się pewnie skończymy. Dlatego od początku mam zdrowe podejście – gdyby imprezy miałby skończyć się jutro, wrócę do swojego życia.
Damian: Pracujemy „na trendzie”, „ na nurcie”, na rzeczach, które przychodzą viralowo. I często szybko odchodzą. I tak jak zaczęło się od tych coffee rave’ów – co jest śmieszne, bo my nie nigdy nie rościliśmy sobie prawa do bycia żadnym rave’em – odeszliśmy od tej nomenklatury, idąc w kierunku budowania społeczności, wspólnoty – zważając na to, ze żyjemy w epidemii samotności. A pamiętajcie, że poza aspektem biznesowym, jest ważna kwestia relacyjna – ja z Mikim znam się 20 lat i mogę być dumny, że jest nam dane przeżyć taką przygodę razem. Ona z nami zawsze zostanie.
Miki: Te imprezy zmieniły nasze życie, ale ja też byłem od początku zdystansowany, nie podpalałem się tym , byłem stonowany i trzymam się na lekki dystans. Jeśli skończy się nasza przygoda, wrócimy do jazdy na desce, siedzenia nad Wisełką i wspominania tego, co przeżyliśmy.


