Features
SANDRA RAW: WIZERUNEK TO FASADA - MUZYKA ZAWSZE MÓWI NAJGŁOŚNIEJ
Mieszkająca w Rejkjaviku Sandra Raw coraz śmielej rozpycha się po scenie, grając w Polsce coraz częściej: od Techno Balkonu po Upperground, a w grudniu będzie dzielić scenę z Adamem Beyerem w Progresji.
Rozmawiając z Sandrą przy okazji premiery jej nowego utworu „Rawlignion” poruszyliśmy też szereg innych tematów, takich jak inspiracja starymi składankami Club Rotation, życie nocne na Islandii, rosnąca popularność, ale też negatywne opinie o nurcie hard techno, globalne marki imprezowe oraz świadomość, że liczy się talent, a nie płeć. A na koniec wspominamy… stary warszawski hip-hop oraz muzykę o frekwencjach 888 czy 1111 Hz!
Artur Wojtczak: Coraz śmielej wspinasz się po drabinie kariery na scenie muzyki hard techno, ale nie tylko – jak to się wszystko zaczęło?
Sandra Raw: Moja przygoda z DJ-ingiem zaczęła się ponad 15 lat temu, kiedy jeszcze byłam zwykłą klubowiczką i jeździłam po klubach. Zawsze fascynowało mnie, jak DJ potrafi panować nad tłumem ludzi samą muzyką i energią. Jak potrafi zbudować emocje i całkowicie zmienić atmosferę w klubie. Muzyka była ze mną od zawsze. To część mojego życia i charakteru, więc gdzieś w głębi wiedziałam, że to jest moje miejsce. Przez lata balansowałam między różnymi gatunkami, nagrywałam sety, wrzucałam je do sieci, czasem grałam w klubach w Polsce czy w Islandii. Traktowałam to bardziej jako pasję, coś dla siebie, bez większej presji. Dopiero około trzy lata temu, gdy moje życie zaczęło się układać na nowo, z nowym partnerem, poczułam, że brakuje mi tej energii. Zrozumiałam, że chcę wrócić na pełnych obrotach i iść w kierunku, który od zawsze był mi najbliższy - szybkie tempo, mocny bit, czysta energia. W zeszłym roku, kiedy moja mama przeszła udar, bardzo mnie to zatrzymało i otworzyło oczy. Zrozumiałam, jak kruche i nieprzewidywalne potrafi być życie, i że wszystko może się zmienić w jednej chwili. Od tamtej pory mam w sobie jeszcze więcej determinacji, żeby robić to co kocham. Bo jeśli czegoś naprawdę pragniemy trzeba to realizować, tu i teraz. Życie może być piękne, trzeba tylko chcieć.
Czy od początku pociągał cię ten mocniejszy rodzaj muzyki czy poczułaś, że popularność tego gatunku będzie rosła – zwłaszcza wśród młodszych słuchaczy?
Od początku ciągnęło mnie właśnie w tę stronę. Wychowałam się na składankach klubowych hitów i Club Rotation, więc już wtedy czułam, że szybkie tempo i mocny rytm to coś, co mam we krwi. Zawsze miałam zapędy do techno i cięższych brzmień, więc obecna popularność tego gatunku tylko mnie cieszy. Żyjemy w czasach, w których trudno zachęcić młodych ludzi, żeby wyszli z domu na imprezę, a mimo to coraz więcej z nich pojawia się na rave’ach. To znak, że ta muzyka niesie ze sobą coś prawdziwego, coś, co ich przyciąga - i to daje ogromną nadzieję na przyszłość sceny.
Jak opisałabyś swój styl grania – co wyróżnia Twoje sety na tle innych?
To bardzo dobre pytanie, bo można by pomyśleć, że wszyscy gramy podobną muzykę, więc trudno się czymś wyróżnić - a jednak nie. Wielokrotnie słyszałam od swoich fanów, że to, co mnie wyróżnia, to pozytywna energia, selekcja i sposób, w jaki opowiadam swoją muzyczną historię. Każdy mój set to coś więcej niż tylko granie. To emocjonalna podróż, w której publiczność dosłownie odlatuje razem ze mną. Zarówno w klubach, jak i na festiwalach, staram się tworzyć energię pełną mocy, ale też emocji i głębi. Choć hard techno kojarzy się głównie z mocnym, nieustannym “łupaniem”, dla mnie najważniejsze jest połączenie intensywności z flow, dramaturgią i momentami oddechu. Chcę, żeby ludzie po moim secie czuli, że przeżyli coś wyjątkowego. Ciekawostką jest to, że nikt nigdy mnie nie uczył grania. Nie przeszłam żadnego szkolenia, nie miałam mentora, ani osoby, która pokazałaby mi nawet jak działa mixer czy playery. Wszystkiego nauczyłam się sama, metodą prób i błędów, po prostu grając w klubach. I nadal się uczę - z każdej imprezy, z każdej reakcji ludzi, z każdego nowego doświadczenia.
Czy Twoje podejście do selekcji muzyki zmienia się w zależności od miejsca, w którym grasz?
Oczywiście! Zawsze przygotowuję folder z utworami, które moim zdaniem idealnie wpasują się w publikę danego wydarzenia czy miejsca. Ale 95% moich setów to totalne spontany i nie przygotowuję ich kolejności wcześniej - ustalam tylko utwór którym rozpocznę seta. Wtedy gdy gram bez przygotowania mam dużo większą frajdę, cieszy mnie każde fajnie dopasowane przejście i to jak potrafię niechcący zmixować ze sobą dwa przypadkowo wybrane utwory. Stosuje się tu do zasady “ Go with the flow!”
Kto był dla Ciebie największą inspiracją muzyczną – z Polski lub ze świata – nie tylko w hard techno?
Tak naprawdę nigdy nie miałam jednej, konkretnej muzycznej inspiracji, bo zawsze chłonęłam bardzo różne gatunki i energie. Od Adama Beyera czy Charlotte de Witte i Deborah De Lucę po Alignment, Sarę Landry czy Remon Verhoeve. Inspiruje mnie ich energia, determinacja i umiejętność opowiadania historii za pomocą dźwięku. Każde z nich ma swoją wyjątkową tożsamość i autentyczność, którą bardzo cenię.
Z polskiej sceny ogromny szacunek wzbudza we mnie Carla Roca. Od lat pokazuje, że kobiety potrafią iść po swoje, zachowując klasę, siłę i pasję. To dla mnie piękny przykład konsekwencji i prawdziwej miłości do muzyki.
Grywasz coraz więcej w Polsce, ale na co dzień mieszkasz w Rejkjawiku. Skąd pomysł, by na swój dom wybrać Islandię?
Wybór był całkowicie przypadkowy. 11 lat temu przeprowadziłam się tu ze względów zarobkowych. Przylecieliśmy tu do znajomych którzy polecali nam wtedy Islandię jako dobre miejsce do pracy i życia. Ostatecznie zapuściłam tu swoje korzenie i jak narazie nie wyobrażam sobie powrotu do Polski na stałe.
Opowiedz nam coś o życiu klubowym na wyspie. Jakie macie kluby, jakie gatunki są tam najpopularniejsze?
Życie klubowe na Islandii ma swoją specyfikę. I choć nie jest tak rozbudowane jak w dużych europejskich metropoliach, ma swój charakter. Islandia ma niecałe 400 000 mieszkańców, a Polacy stanowią jedną z większych mniejszości (około 30 000).
W stolicy Reykjavík mamy zaledwie kilka klubów, które rzeczywiście grają „muzykę klubową”. Jeżeli chodzi o gatunki to dominują tu pop, R&B i muzyka z lat 70-90 (w klubach typu mainstream). Z kolei scena elektroniczna i techno istnieje, ale jest dużo bardziej niszowa niż np. w Polsce. Spośród lokalnej muzyki warto podkreślić, że Islandczycy mają silne tradycje w folk, indie, pop-rocku, eksperymentalnej elektronice. Przykładem jest GusGus, Sigur Rós czy Of Monsters and Men. Hip-hop także zdobywa dużą popularność. Playlisty lokalne wskazują, że hip-hop dominuje na listach w Islandii.
Jesteś nie tylko DJ-ką, ale też producentką – jak pracujesz nad trackami? Czy najpierw pojawia się sampel wokalu, melodia, kick drum?
Praca nad trackami przebiega u mnie bardzo różnie. Wszystko zależy od nastroju i pomysłu, z jakim siadam do projektu. Czasem zaczynam od sampla wokalu, czasem od melodii, ale w przypadku hard techno podstawą zawsze jest dobra stopa. To od niej buduję całą energię utworu. Od strony technicznej współpracuję z Piotrem Paprockim, który odpowiada za mix i mastering moich produkcji. To prawdziwy fachowiec! Perfekcyjny słuch, ogromna wiedza i dbałość o każdy detal. Dzięki niemu finalne brzmienie moich utworów jest dokładnie takie, jakiego oczekuję - mocne, klarowne i gotowe, żeby zabrzmieć na dużych scenach. Współpraca z Piotrem dała mi też sporo technicznej świadomości. Wiele mi wyjaśnia, pokazuje, doradza, a jego spokój i precyzja naprawdę robią różnicę. Dla mnie to bardzo ważny etap w procesie, bo od początku zależało mi, żeby wszystko, co wychodzi ze studia, miało pełen profesjonalny poziom.
Rozmawiamy z okazji twojej najnowszej premiery – 3-ci listopada to premiera twojego nowego singla i video „Rawlignion”. Opowiedz jak powstawała ta piosenka i skąd pomysł na ten teledysk?
Zawsze chciałam stworzyć swój własny anthem - utwór, który pokaże mnie bardziej od strony producentki muzycznej, a nie tylko DJ-ki. Taki, który połączy wszystko, co najbardziej kocham w hard techno: mocną stopę, groove, hipnotyzujący breakdown, damski wokal i szybkie tempo.
“Rawlignion” to dokładnie taki track - pełen energii, emocji i moich ulubionych elementów gatunku. To kawałek, który po prostu czuję całym sobą. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że mogę wreszcie podzielić się nim ze światem! Jeśli chodzi o teledysk to pomysł wyszedł od Piotrka Figla, który jest absolutnym wizjonerem za kamerą. Ten człowiek dosłownie urodził się z kamerą w ręku! Od początku wiedziałam, że to właśnie on musi stworzyć klip do „Rawlignion”. Większość scen nagrywaliśmy w warszawskim klubie Oczki, za co ogromnie dziękuję właścicielom, bo pozwolili nam działać do późnych godzin nocnych . Klimat tego miejsca idealnie wpasował się w koncepcję utworu. W klipie wystąpiła też Julka Kruzer. Świetna tancerka, która specjalnie przyjechała z Poznania z walizką pełną odjechanych stylizacji . Przebierałyśmy się co chwilę i miałyśmy ogromną frajdę z całego procesu nagrań.
Czy ten numer będzie częścią jakiejś EP-ki, a może pracujesz nad albumem?
Cały czas pracuję nad nowym materiałem więc zobaczymy co z tego wyjdzie. Na razie nie chce nic więcej zdradzać.
Czy będziesz promować to wydawnictwo jakimiś nowymi występami? Gdzie będzie cie można zobaczyć?
Najbliższym moim występem po wydaniu singla to 10 listopada i odrodzenie klubu Omen w Płośnicy. Postanowili zmienić klimat swoich wydarzeń i tym razem postawili na techno, więc oficjalna premiera tego utworu będzie właśnie tam.
Grywasz na coraz większych imprezach w Polsce – występowałaś przed Deborah De Luca na Techno Balkonie. Jak wspominasz ten występ?
Dzielenie jednej sceny z Deborah De Luca było mega doświadczeniem. Byłam super happy, że zostałam zaproszona przez Techno Balkon na to wydarzenie. Miło było poznać Deborah osobiście, zamienić z nią kilka zdań i zrobić oczywiście wspólne zdjęcie. Szanuję ją za jej pracę, twórczość oraz za miłość do psów, bo obie jesteśmy doglovers.
Na wielkiej imprezie Upperground na stadionie Legii zagrałaś seta w innym stylu – melodic techno. Skąd taka zmiana?
Organizatorzy Upperground zaproponowali mi opening set z Mike’iem Konstantym, zaznaczając, że cała impreza utrzymana będzie w klimacie melodic techno więc musiałam się dopasować do koncepcji wydarzenia. Mimo że to nie jest mój główny styl, nie miałam żadnych wątpliwości, że chcę wziąć w tym udział. Okazja, żeby zagrać na stadionie Legii, na jednej scenie z takimi artystami jak Armin van Buuren, Artbat czy Miss Monique, nie zdarza się codziennie - odmówić byłoby po prostu głupotą. Dla mnie to było ogromne wyróżnienie, ale też czysta przyjemność i świetne doświadczenie. Kocham muzykę w różnych formach, więc takie wyjście poza swoją aktualną strefę gatunkową było po prostu powrotem do korzeni. Jestem bardzo wdzięczna organizatorom TME za zaproszenie i za możliwość bycia częścią tak wielkiego wydarzenia.
Gatunek, w którym nagrywasz i grywasz najwięcej – hard techno - ma zarówno wielu zwolenników, jak i przeciwników, którzy twierdzą że jest mało ambitny, utwory są do siebie podobne. Jak odpowiedziałabyś na taką krytykę?
Z perspektywy producentki muzycznej uważam, że każdy gatunek muzyki elektronicznej ma w sobie pewne podobieństwa. Wszystkie opierają się przecież na tej samej bazie czyli stopie, perkusji i melodii - więc nie postrzegam żadnego z nich jako mniej ambitnego.
Dla mnie osobiście hard techno wygrywa, bo ma w sobie to, czego często brakuje innym gatunkom - mięso, energię i surową moc. To muzyka, która uderza prosto w emocje i ciało, a nie tylko w ucho. Oczywiście rynek hard techno jest obecnie bardzo nasycony, więc ogromnym wyzwaniem jest stworzenie czegoś, co się wyróżni, będzie oryginalne i zostanie w pamięci słuchacza. Dla mnie właśnie to jest esencją ambicji - szukanie własnego brzmienia wśród tysięcy podobnych produkcji. Myślę też, że trudniej jest utrzymać odbiorcę hard techno niż np. melodic czy house, bo to gatunki bardziej uniwersalne, które można słuchać w tle, w różnych sytuacjach. Hard techno trzeba naprawdę czuć i lubić, żeby słuchać go na co dzień, nie tylko na imprezach. I właśnie w tym tkwi jego wyjątkowość.
Hard techno to wielkie globalne marki imprezowe: Verknipt, Unreal, Teletech – czy myślisz, że zaangażowanie dużych promotorów a tym samym sporych nakładów finansowych, może sprawić, ze dany gatunek będzie modny bardzo długo?
Mam taką nadzieję i tak też się zapowiada. Te marki są bardzo znane i uwielbiane więc życzę im żeby jak najdłużej robili to co robią bo idzie im świetnie! A sobie życzę, żeby stanąć wkrótce na jednej z ich scen!
Grywasz mocną, szybka muzykę, ale w domu słuchasz również innych rytmów: wspominałaś mi warszawski hip-hop oraz muzykę wibracyjną o określonej częstotliwości np. 1111 Khz czy 888 khz. Opowiedz nam coś o tej fascynacji.
Uwielbiam klasykę polskiego hip-hopu. Kiedy byłam nastolatką, słuchałam WWO, Molesty Ewenement, Pezeta, O.S.T.R-a, Eldo czy Rycha Peji i do dziś mam ogromny sentyment do tamtych czasów. Ta muzyka przypomina mi młodość, emocje, które wtedy się czuło, i ten specyficzny klimat tamtej sceny. Z przyjemnością wracam do tych numerów, bo mają w sobie prawdę, charakter i szczerość.
Jeśli chodzi o muzykę wibracyjną i częstotliwości, to jest to moje małe uzależnienie od kilku lat. Każdego dnia zasypiam przy różnych częstotliwościach, takich jak 3.2 Hz, 111 Hz czy 432 Hz, bo głęboko wierzę w ich wpływ na regenerację i uzdrawianie organizmu podczas snu. W fazie REM nasz organizm naturalnie się odbudowuje - zwłaszcza układ nerwowy, a te dźwięki potrafią to pięknie wspierać. Dzięki temu śpię spokojniej, nie mam gonitwy myśli przed snem, a zanim zasnę, mam chwilę na refleksję i afirmacje. To mój codzienny rytuał, który naprawdę działa i daje mi wewnętrzny spokój.
Nie mieszkasz w Polsce, ale masz do czynienia z polska sceną – jakie DJ-ki i DJ-ów darzysz sympatią czy respektem?
Ogromnym respektem darzę Carlę Rocę. Karolina od lat jest na scenie i wciąż robi niesamowitą robotę, przyciągając tłumy. Jest świetną DJ-ką, a przy tym bardzo ciepłą i pozytywną osobą! Uwielbiam też Krzysia – DJ Cream. DJ To przesympatyczny człowiek z dużymi osiągnięciami zarówno na polskiej, jak i międzynarodowej scenie. Widać w nim ogromną pasję do muzyki i pełne zaangażowanie w to, co robi. Za to mam do niego ogromny szacunek. Natomiast moim absolutnym mistrzem i największą inspiracją pozostaje Peter Fern. To artysta, którego brzmienie, styl i podejście do muzyki zawsze wywołują u mnie dreszcze. Jego produkcje są perfekcyjnie dopracowane, a sety – pełne energii i emocji. To DJ i producent z prawdziwego powołania, którego wizja i charyzma nieustannie mnie inspirują do dalszego rozwoju.
Jakie były Twoje najtrudniejsze, a jakie najbardziej magiczne momenty za konsoletą?
Trudne sytuacje na szczęście zdarzają mi się bardzo rzadko, ale jedną z nich na pewno mogę zaliczyć do tych bardziej wymagających. W tym roku miałam okazję po raz pierwszy zagrać na Sunrise Festival - ogromne przeżycie, ale też mały test nerwów. W trakcie mojego seta pojawiły się drobne problemy techniczne i trzeba było podmienić mixer bez przerywania grania. Przez chwilę grałam więc praktycznie na dwa mixery, zaplątana w kablach, próbując utrzymać flow i energię tłumu. Na szczęście udało się wszystko szybko opanować, a większość ludzi nawet nie zauważyła zamieszania.
Jeśli chodzi o magiczne momenty, to jest ich naprawdę sporo. Najbardziej poruszające są te chwile, gdy widzę, jak ludzie krzyczą moje imię, tańczą z pełnym zaangażowaniem i reagują na każdy drop. Wtedy czuję, że ta energia krąży między nami. A kiedy po secie ustawia się kolejka po zdjęcie czy po prostu, żeby powiedzieć coś miłego to dla mnie największe potwierdzenie, że to, co robię, ma sens i że moja muzyka naprawdę daje ludziom radość.
Jak reagujesz na presję mediów społecznościowych w świecie DJ-ów – gdzie często wizerunek staje się ważniejszy niż muzyka?
Wizerunek to tylko fasada. Można mieć idealne foty, ale jeśli set nie ma ognia to nic z tego. Ja wolę być „raw” niż „perfect”. Staram się skupiać na muzyce i energii, a nie na tym, co „trzeba” pokazać. Wizerunek jest częścią gry, ale jeśli nie ma za tym prawdziwej pasji i brzmienia to szybko się wypala. Muzyka zawsze mówi najgłośniej.
Jak odnosisz się do kwestii reprezentacji kobiet w środowisku DJ-skim? Czy coś się zmienia, czy raczej to wciąż walka z przyzwyczajeniami sceny?
Widać ogromną zmianę! Dziewczyn za deckami jest coraz więcej i wnoszą świeżą energię. Scena się otwiera, chociaż momentami nadal czuć stare przyzwyczajenia. Ale my nie prosimy o miejsce, tylko je bierzemy. Poza tym nadal ważne jest, żeby za tą zmianą szedł też szacunek i świadomość, że liczy się talent, nie płeć.
Wiem, że z wielką śmiałością i przekonaniem planujesz swoja karierę: czego możemy spodziewać się od Sandry Raw w 2026 roku? Jak na razie masz mocną końcówkę roku: wystąpisz w warszawskiej Progresji na imprezie z Adamem Beyerem…
W 2026 roku na pewno będzie się sporo działo! Mam już zaplanowane kolejne release’y w topowych wytwórniach i kilka naprawdę ciekawych kolaboracji z artystami, których sama bardzo cenię. Weszłam też we współpracę z agencją Baltic Promotion, więc przede mną jeszcze więcej występów w Polsce i dużych wydarzeń.
A już pod koniec roku, 13 grudnia, zagram closing seta w warszawskiej Progresji podczas imprezy z Adamem Beyerem! To moje kolejne wystąpienie z ekipą TME i jedno z tych wydarzeń, na które naprawdę czekam! Cały czas też dążę do tego, żeby moje sety były w 100% złożone z własnych produkcji, bo to daje mi największą satysfakcję i poczucie autentyczności. Poza tym rozwijam też projekty wizualno-muzyczne, związane z moim stylem i wizerunkiem scenicznym. Coś, co pozwoli jeszcze mocniej połączyć muzykę, energię i estetykę “RAW”. Chcę, żeby każdy mój występ był doświadczeniem, które zostaje w pamięci - nie tylko imprezą, ale prawdziwą podróżą w mój muzyczny świat.
