Features

THEIA CRUSH: NASZA SCENA OFERUJE WIĘCEJ MUZYCZNIE NIŻ KIEDYKOLWIEK WCZEŚNIEJ

Projekt Theia Crush od dłuższego czasu kreatywnie miesza na polskiej scenie. Tego lata po raz kolejny zorganizowali swój festiwal MUSE, a gdy do Sabre i Rusta doszlusował doświadczony i utytułowany zawodnik z polskiej sceny, czyli Jurek Przeździecki aka Praecox, poczuliśmy, że to idealny moment, by porozmawiać z całą trójką. W wywiadzie dyskutujemy o tym, czy kolektywy mają realną sprawczość czy pozostają w cieniu agencji bookingowych, robieniu jakościowych- a zarazem dochodowych imprez, układaniu się z promotorami, progresie, jaki zrobiła polska scena i ekspozycji międzynarodowej rodzimych artystów oraz o tym, że undergroundowe imprezy klubowe i imprezy halowe z hard techno to dwie różne dyscypliny sportu.

  • Credits: Artur Wojtczak | Photos: Dawid Majewski
  • 22 października 2025

Artur Wojtczak: Czy pamiętacie moment, w którym powstała THEIA CRUSH? Czy była to potrzeba chwili czy wynik szerszych przemyśleń, by powołać do życia kolektyw?

Przemek: No jasne! To był trochę impuls, staliśmy z Sarą rano przed jednym, z krakowskich klubów i dość spontanicznie zabookowaliśmy termin na weekend pół roku do przodu. To sprawiło, że zaczęliśmy wdrażać w życie to, o czym od miesięcy wspólnie rozmawialiśmy, więc w zasadzie można powiedzieć, że po części wynik szerszych przemyśleń napędzony impulsem.

Sara: Nawiążę tutaj do samej nazwy – Theia Crush, czyli zderzenie dwóch światów. Ja w świecie techno stawiałam wtedy swoje pierwsze kroki, natomiast Przemek miał za sobą już kilkanaście lat bycia członkiem polskiej sceny. Projekt powstał w wyniku wielogodzinnych rozmów o tym, czego brakowało nam na rodzimej scenie. Prawdziwe pokłady inspiracji dał nam wyjazd na Amsterdam Dance Event w 2022 roku.

Jakie były główne cele, wokół których miała koncentrować się wasza działalność?

Przemek: Sam projekt (bo daleko mu moim zdaniem do stricte kolektywu) zakładał, że poza jakościowymi, ale często nadal dość niszowymi bookingami z zagranicy chcemy promować polskich DJ-ów, których sety najbardziej „siadają” nam klimatem do danego bookingu. Brzmi dość banalnie, ale przez te 3 lata działania projektu zauważyłem, że często pada z drugiej strony pytanie, czy wręcz zdziwienie, że ktoś bookuje cię, bo po prostu podoba nam się jego muzyka. Zero oczekiwań z naszej strony, zero ‚wymianek’. Od początku bardzo kładziemy też nacisk na oprawę świetlną i tutaj od początku pracujemy też z Przemkiem z Light Touch. To od samego początku mocno nas wyróżniało. Od początku zakładaliśmy też, że samo organizowanie eventów to za mało i mieliśmy w planach rozwinięcie tego projektu o label. Ta część zajęła nam zdecydowanie najwięcej czasu, ale z dumą możemy teraz powiedzieć, że w październiku czeka nas premiera składanki/ VA z wytwórni Theia Records pod tytułem Giant Impact Hypothesis na której znajdziecie osiem utworów zarówno polskich, jak i zagranicznych producentów. Warto tutaj zaznaczyć, że label uruchamiamy wspólnie z Markiem Sildatke, który tym samym stał się częścią tego projektu.

Sara: Kiedy zaczynaliśmy scena była ugruntowana wieloletnimi graczami lub młodymi ekipami, które starały znaleźć swoje miejsce na rynku. Widzieliśmy pewną stagnację, którą bardzo chcieliśmy przełamać. Na samym początku bardzo mocno postawiliśmy na aspekt wizualny, kluby w których organizowaliśmy event miały się zmieniać nie do poznania, a nazwiska, które zapraszaliśmy miały być bliższe zagranicznym trendom, niż bookingom z polskich klubów.

Obserwowałem wasze wspólne działania z Jurkiem Przeździeckim (aka Praecox), a z czasem stał się on częścią waszej grupy. Czy był to logiczny ciąg zdarzeń?

Sara: Jak najbardziej. Na początku nie braliśmy pod uwagę, że ktoś mógłby z nami tworzyć ten projekt, ponieważ we dwójkę i z naszą ekipą techniczną pracowało nam się bardzo dobrze. Z upływem czasu scena zaczęła się zmieniać, my też nałożyliśmy na siebie dodatkowe projekty i poczuliśmy, że potrzebujemy dodatkowej energii, czy też nawet inspiracji. Spotkanie z Jurkiem sprawiło, że zmieniliśmy nasz punkt widzenia i ruszyliśmy w ten sezon z nowymi pomysłami.

Przemek: Po pierwszych spotkaniach wszelka logika wskazywała, że taka jest najlepsza droga. Jurek ma nieocenione doświadczenie na scenie, my daliśmy z kolei świeżość i obeznanie w dzisiejszej sytuacji. Nie wiem na ile pomógł tu fakt, że okazało się, że obaj pochodzimy z Milanówka, ale to taki szczególik, którego nie pozostawiałbym bez znaczenia! (śmiech)

Jurek: Tak, to był bardzo naturalny proces. Od dwóch lat koncentruję się na produkcji muzyki, od której wszystko dla mnie się zaczęło w latach 90. — szybkiego psy-techno pod aliasem Praecox. Wydawnictwa na TRIP czy KYSH napędzają moją energię i dają mi ogromne twórcze odświeżenie. Mam poczucie, że zatoczyłem fantastyczne koło — dziś mogę dzielić się tą muzyką z dużo młodszą publicznością, a jej odbiór jest niesamowity. Występy na ADEMUSE czy legendarnym FVTVRE tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że to właściwy kierunek. Moje nowe (a właściwie stare!) alter ego totalnie trafiło do Sary i Przemka z THEIA CRUSH. Zaczęliśmy działać razem, a pojedyncze wspólne występy z czasem pogłębiły naszą relację. Wynika ona przede wszystkim z pasji, zaufania i wspólnej wizji.

Wasza trójka ma różnorodny muzyczny background, jesteście też w różnym wieku. Czy te różnice są dla was jakąś przeszkodą w działaniu czy raczej inspiracją?

Jurek: Moja historia na scenie sięga lat 90. Zaczynałem od projektów psy-trance’owych, którym udało się odnieść spory sukces. Później przyszła kolej na minimal techno, eksperymentalny ambient, a nawet awangardę z pogranicza muzyki współczesnej. Przez prawie 30 lat nieustannie odkrywam muzykę elektroniczną, sprawdzając się w roli twórcy. Żeby iść dalej, nie zwalniać i zachować twórczą świeżość, niezbędna jest inspiracja oraz kontakt z ludźmi, których opinii naprawdę się ufa. Rozmowy z SarąPrzemkiem są dla mnie niezwykle cenne. Ich perspektywa wynika z dogłębnej znajomości sceny muzycznej, szczególnie tej młodej. Patrzymy na muzykę z różnych stron — ja jako producent, oni jako DJ-e, osadzenie “tu i teraz”. Mam wrażenie, że właśnie dzięki różnicy pokoleń mamy o czym ze sobą rozmawiać. Dla mnie osobiście te rozmowy są ogromnie rozwijające.

Przemek: Dla mnie 100% inspiracją. Ja akurat w tej trójce znajduję się pośrodku, więc można by powiedzieć, że jest mi najłatwiej, ale tak na prawdę to bez znaczenia, kto jest w jakim wieku. Istotne jest to, że każdy z nas odnajduje w tym przede wszystkim inspirację do działania.

Sara: Dla mnie dzielenie się doświadczeniami i słuchanie opinii innych to ulubiona część tworzenia. Mimo naszych różnic powiedziałabym, że jesteśmy dość podobni – mamy podobny gust, poczucie estetyki i wartości, co uważam za podstawę dobrej współpracy.

Czy kolektywy w Polsce mają realną sprawczość czy raczej są wciąż w cieniu dużych klubów i agencji bookingowych?

Przemek: Oczywiście, że mają. Jest na to w Polsce wiele przykładów takich jak Schissma, przez Miazmat, po SPLOT - oczywiście to tylko przykłady w nazwijmy to w sowim gatunku, bo tego typu kolektywów w Polsce jest cała masa. Ba, rzekłbym, że Polska kolektywami stoi! Tak na prawdę tylko kilka największych klubów w Polsce może sobie pozwolić na działanie w oparciu tylko i wyłącznie o własne bookingi i rezydentów. Zdecydowana większość regularnie zaprasza do współpracy kolektywy, które dziś swoje projekty mogą realizować w całej Polsce. Mówię dziś, bo pamiętam czasy, kiedy raczej każdy miał swoje miasto/ podwórko i działał w zdecydowanie węższym obrębie. Temat agencji bookingowych z kolei nie ma tutaj moim zdaniem znaczenia, bo w Polsce to nadal bardzo raczkujący twór - może właśnie dlatego scena tak mocno opiera się o niesprofesjonalizowane kolektywy, a nie profesjonalne agencje.

Sara: To zależy, co uznamy za realną sprawczość, czy chodzi o budowanie własnego crowd’u, czy o przyciągnięcie na swój event ponad tysiąca uczestników. Kolektywy są mniejsze i większe, ale scena potrzebuje różnorodnych inicjatyw i głosów, by się rozwijać. Ja przede wszystkim chciałabym, żeby kluby bardziej wspierały niezależne kolektywy, ponieważ często to one sprowadzają do danego miejsca nową publikę i napędzają zróżnicowanie w programach. Inwestycja w ludzi zawsze przynosi korzyści – nawet jeśli początkowo nie są one widoczne.

Na ile można być obecnie w środowisku muzycznym niezależnym? Czy jednak nie jest tak, że wszyscy są skazani na pewne układy z właścicielami klubów czy festiwali oraz promotorami?

Przemek: To bardzo ciekawe pytanie, szczególnie względem poprzedniego, bo z jednej strony kolektywy mają sprawczość, a z drugiej strony wcale nie oznacza to niezależności. Można pod warunkiem, że jesteś producentem muzycznym, który swoją renomę wypracował sobie na całym świecie i znajdziesz go w rosterze zagranicznej agencji bookingowej. Jeżeli jesteś nazwijmy to podstawowym graczem, to nie ma co ukrywać choćby nie wiem co - nie ma takiej opcji. Prędzej, czy później uzależniasz się od współpracy z kilkoma klubami, co często zamyka Ci drzwi do innych. Chociaż mam wrażenie, że w ostatnim czasie ta sytuacja zmienia się na plus i takie podziały zaczynają się zacierać. Z festiwalami wydaje mi się, że jest nieco lepiej. Tutaj często kilka kolektywów współpracuje razem przy tworzeniu całego wydarzenia i ten letni vibe wydaje się być bardziej jednoczący.

Jurek: Dla mnie bycie niezależnym jest tak ważne jak oddychanie. Dopóki tworzę muzykę bez kompromisów, czuję, że naprawdę żyję jako artysta. Z doświadczenia wiem, że największy szacunek zdobywasz wtedy, gdy pozostajesz sobą — wtedy twoja obecność w środowisku muzycznym nabiera realnej wartości. Nie jestem specjalistą od branży eventowej, ale jak w większości biznesów, tu również wszystko opiera się na relacjach. Czasem warto się spotkać, przypomnieć o sobie — ale nigdy na siłę.

Sara: Funkcjonując w jakiejś grupie zawsze stajesz się jej częścią, a nasza scena jest tak mała, że większość osób się zna latami i to niekoniecznie jest złe. Natomiast cokolwiek robisz, grasz, produkujesz muzykę, robisz imprezy czy nawet stoisz na bramce sprawia, że robisz to dla kogoś/z kimś, a to według mnie zabiera niezależność. Im bardziej chcemy być widoczni, tym z większą ilością podmiotów musimy współpracować. Myślę, że to pytanie mogłoby być tematem rozległej debaty, gdzie musielibyśmy najpierw zdefiniować czym jest ta nasza niezależność. 

Ten rok to również wasze wielkie przedsięwzięcie jakim był MUSE FESTIVAL, który odbył się po raz pierwszy w Gdańsku. Jakie macie wrażenia po tej edycji i kiedy zaczynacie pracę nad kolejną?

Sara: To dopiero druga edycja festiwalu i cały czas mamy nad czym pracować. Wiele nam dała do myślenia ankieta, gdzie spytaliśmy naszych uczestników o opinie na temat wydarzenia. Bardzo wzięliśmy je sobie do serca, co stawia przed nami ogromne wyzwania i pracujemy, żeby sprostać oczekiwaniom. Tym samym mogę powiedzieć, że prace nad kolejną edycją trwają już od kilku tygodni i mam nadzieję, że niedługo będzie widać pierwsze efekty.

Jurek: Występ na MUSE był dla mnie bardzo ważny z dwóch powodów. Po pierwsze, zagrałem dla THEIA CRUSH i mogliśmy sprawdzić się „w boju”. Po drugie, była to kolejna okazja, by przekonać się, jak muzyka Praecoxa działa na publiczność. Jedno i drugie oceniam wybitnie — długo nie mogłem dojść do siebie po tym wydarzeniu. Festiwal na długo zostanie w mojej pamięci, a publiczność CRACKHOUSE… to było czyste szaleństwo!

Przemek: Tak w tym roku odbyła się druga edycja Muse Festival, natomiast pierwsza w Gdańsku. Konkretniej w Centrum św. Jana, czyli fenomenalnym wnętrzu XIV wiecznego, gotyckiego kościoła, który dziś jest genialnym przykładem na to, jak można wykorzystać tego typu przestrzeń na centrum kultury. Moim zdaniem nowe miejsce sprawdziło się świetnie. Totalnie pasuje do tego, co zapoczątkowaliśmy rok wcześniej w znacznie mniejszym kościele w Goszczu. Udało nam się utrzymać ten klimat, chociaż na początku, gdy rozpoczynaliśmy poszukiwania nowego miejsca mocno w to wątpiłem. Prace nad kolejną edycją już się rozpoczęły, aktualnie czekamy na zielone światło z NCK odnośnie edycji 2026 i mam nadzieję, że w momencie publikacji tego artykułu wydarzenie ujrzy już światło dzienne. Na ten moment mogę zdradzić, że jeżeli zostaniemy w Gdańsku, to z pewnością czeka nas kilka zmian w samej formule i terminie wydarzenia.

Line up tej imprezy opierał się w większości o polskich artystów – czy da się zrobić dochodową i jakościową imprezę bez drogich zagranicznych DJ-ów?

Sara: Super, że zestawiłeś „dochodowy” i „jakościowy” w tym pytaniu. Według mnie, da się, ale nie bez zewnętrznego finansowania/sponsoringu.

Przemek: Tak, siłą rzeczy Muse Festival opierał i będzie opierał się na polskich artystach. Przynajmniej tak długo, jak będziemy niezależnym festiwalem i nasz budżet nie pozwoli nam na zwiększenie udziału zagranicznych artystów w tych z Polski. My w tym roku mieliśmy łącznie ponad 60 artystów, prawie 90% to artyści z polski. Jeżeli jesteś - tak jak my - niezależnym festiwalem, to na ten moment, w takiej formule i takiej skali musimy opierać się na polskich artystach. Inna sprawa, że to absolutnie nie umniejsza jakości festiwalu. Świetnym przykładem jest to, że w rozmowach z uczestnikami już po festiwalu jako najciekawsze występy bardzo dużo osób na równi z Zisko, Stefem Mendesidisem, Hertonem, Nadią Struiwigh (osobiście występ numer jeden całego festiwalu), Philem Bergiem wspominana była Milena Głowacka, Jurek Przeździecki ze swoim live setem jako Praecox, poranny house’owy closing Cranza, czy Aetha. A czy da się zrobić dochodową? W takiej formule i w takiej skali, bez dużego sponsora nie ma takiej możliwości.

Jurku, ty w międzyczasie wróciłeś do swojego aliasu Praecox, pod którym grywasz i tworzysz szybszą muzykę – inna od klasycznego, rasowego techno, które tworzyłeś jako EPI Centrum. Czy to wynik powracających trendów na psy trance, psy-rave?

Jurek: I tak, i nie. Tak — wróciłem do swojego aliasu Praecox z potrzeby zmiany. Dla mnie każda zmiana to mała rewolucja, ostre odcięcie się od czegoś, co zaczyna mi ciążyć. Nie była to jednak reakcja na trendy, a raczej zachęta płynąca z faktu, że to, co tworzyłem ponad 25 lat temu, wciąż trafia do ludzi — oraz z sukcesu wydawnictw na TRIP. Te dwa elementy idealnie wpasowały się w powrót muzyki psy-rave. Praecox zawsze był awangardą psy-trance’u i dziś nadal pozostaje wierny temu duchowi. Jednocześnie muzyka techno, nieco wolniejsza niż to, co robię jako Praecox, również niedługo ponownie się ukaże. Moje artystyczne życie to zmienna amplituda potrzeb i nastrojów — taki po prostu jestem.

Jak wspólnie widzicie relacje pomiędzy sceną bardziej mainstreamową, zorientowaną na np. na duże imprezy z popularnym hard techno a sceną DYI, bardziej undergroundową?

Przemek: Nie widzimy. To są dwie różne dyscypliny sportu.

Jesteście na polskiej scenie już jakiś czas, a Jurek nawet trzy dekady. Co waszym zdaniem najbardziej zmieniło się na polskiej scenie in plus oraz in minus, patrząc na to, co mamy na niej w roku 2025?

Jurek: Mam wrażenie, że coraz więcej młodych artystów zdobywa dziś międzynarodową ekspozycję, gra w świetnych klubach i wydaje dla uznanych wytwórni. To bardzo pozytywna zmiana w porównaniu z ostatnimi dekadami — i naprawdę mnie to cieszy. Z drugiej strony, coraz częściej miarą sukcesu staje się liczba obserwujących i wyświetleń w mediach społecznościowych. Nie będę rozwijał tego tematu, ale niezmiennie uważam, że rolą artysty jest przede wszystkim edukacja publiczności, a nie powielanie w kółko tego, co robią inni. Presja publiczności i promotorów na podążanie za trendami jest dziś tak silna, że momentami to „ogon macha psem”. Z perspektywy czasu widzę, że dwadzieścia lat temu artyście było łatwiej pozostać sobą niż dziś.

Sara: Wydaje mi się, że nasza scena oferuje więcej muzycznie niż kiedykolwiek. Oczywiście nie jesteśmy drugim Berlinem i nie sądzę żebyśmy kiedykolwiek mieli się nim stać, ale co weekend mamy w Polsce przekrój wydarzeń z każdego gatunku muzyki elektronicznej. Na plus na pewno zmieniło się podejście do patrzenia na nagłośnienie, jak ważne ono jest w kontekście muzyki, co mimo że jest kwestią elementarną, nie zawsze było tak traktowane. Minusem jest malejąca ilość klubowiczów, tutaj myślę że swoje piętno odciskają duże wydarzenia halowe, przyciągające tysiące uczestników. Muzyka elektroniczna nie jest w Polsce na tyle popularna, żeby zapełniać kluby i duże eventy. 

Czy kultura klubowa może faktycznie zmieniać rzeczywistość społeczną czy jest to jednak iluzja i pobożne życzenie artystów i aktywistów?

Jurek: Mam wrażenie, że dziś kultura klubowa coraz bardziej przypomina bańkę, która pod napięciem pęka, odsłaniając pustkę. Tysiące lajków w social mediach, a na ulicę wychodzi 25 osób — to pokazuje, jak iluzoryczne potrafi być to „wsparcie”. Wielu osobom wydaje się, że tworzą wspólnotę opartą na tych samych ideach, a jednak na końcu dnia zostajesz sam, otoczony hipokryzją. Sygnaliści, donosiciele i sfrustrowane internetowe mąciwody nie szukają realnej zmiany na lepsze — szukają pretekstu, żeby skakać innym do oczu, często z zawiści albo w imię własnych, partykularnych interesów. Kultura klubowa coraz częściej kojarzy mi się z „gównoburzą” niż z realną próbą zmiany rzeczywistości społecznej. Jeśli pośród tego wszystkiego tli się jeszcze jakieś „pobożne życzenie” artystów i aktywistów, to może najwyższy czas je w końcu pokazać.

Sara: Po pandemii świat się zmienił nie do poznania, a przede wszystkim ilość bezpośrednich interakcji międzyludzkich, których według mnie brakuje w obecnej rzeczywistości. Czasami mam wrażenie, że zamknęliśmy się w swoich domach, z których najchętniej byśmy nie wychodzili, a spędzanie czas z innymi ludźmi przypomina raczej przykrą konieczność niż przyjemność. Chciałabym, żeby kluby przestały być postrzegane w opinii publicznej jako „siedziba patologii i używek”, a były integralną częścią miejskiego życia, miejscem spotkań i przestrzenią do poznawania nowych ludzi. Obserwujemy Londyn, gdzie kluby są masowo zamykane i nie dajemy młodym miejsca, gdzie mogą się poznawać, słuchać muzyki, tańczyć. Czy moje spojrzenie idealizuje kulturę klubową? Być może, ale mam nadzieję, że kiedyś będę mogła więcej zrobić na jej rzecz w przestrzeni publicznej.

Magazyn Resident Advisor opublikował niedawno felieton na temat regresu sceny tanecznej, ale tak naprawdę chodziło o zjawiska, które przestały mieć cokolwiek wspólnego z techno jako kulturą: tłumy z telefonami na występach Keinemusik, biali producenci kradnący etykę Afro-house’u, zmieniająca się Ibiza i VIP-owskie ridery superstar-DJ’s. Jak wy oceniacie te zjawiska i jak mają się one do Polski?

Jurek: „Regres sceny tanecznej” brzmi jak koniec świata. Tylko… którego świata? Tego, w którym powstawał RA, czy tego, w którym żyjemy dziś? Świat zmienił się już wielokrotnie i oczywiste jest, że nie wygląda tak jak kiedyś. RA i inne portale często szukają problemów, które dla mnie są wręcz kuriozalne — ich rozdmuchiwanie tłumaczę jedynie potrzebą clickbajtu w momentach deficytu płatnych treści. Naprawdę nie rozumiem, komu tak bardzo przeszkadzają telefony. W latach 80. ludzie nagrywali koncerty punkrockowe na VHS, nawet te z przejść podziemnych. Różnica polegała tylko na tym, że wtedy nie każdego było stać na kamerę. Dziś każdy ma telefon i może rejestrować oraz dzielić się tym z innymi. Dajcie ludziom żyć i nagrywać to, na co mają ochotę. Kreowanie „wspólnego wroga” w postaci telefonu to absurdalna radykalizacja mediów i dorabianie ideologii do zjawiska, które po prostu ewoluowało wraz z technologią.

Przemek: Ja mam wrażenie, że w Polsce to pewnego rodzaju sinusoida w muzyce elektronicznej. Mieliśmy już taki moment w latach 2000, kiedy muzyka elektroniczna stała się bardzo popularna. Do tego stopnia, że ten system się przegrzał i wszyscy wrócili do undergroundu. Mam wrażenie, że w Polsce jesteśmy mniej więcej w peaku popularności tej muzyki, i w pewnym momencie to po prostu ponownie się przeje - zarówno medialnie jak i od strony uczestników. Zobaczymy, ile osób zostanie w tym na dłużej i na ile realnie scena się powiększy.

Robert Babicz powiedział mi kiedyś w wywiadzie, że polscy muzycy – i Polacy w ogóle – osiągnęliby dużo więcej, gdyby ze sobą nie rywalizowali, lecz współpracowali. Krążył na temat tego zjawiska również mem pokazujący holenderskich DJ-ów podających sobie ręce oraz polskich – spychających się ze schodów.  Co myślicie na ten temat?

Przemek: Pobożnie rzecz ujmując cały świat osiągnąłby więcej, gdyby ludzie ze sobą współpracowali, a nie rywalizowali… Ale w odniesieniu do tego, o czym mówi Robert Babicz, to trzeba tutaj wziąć pod uwagę jedną, bardzo istotną rzecz. Tort, który mają między sobą do podzielenia niemieccy czy holenderscy promotorzy jest nieporównywalnie większy od ciasteczka, którym dzielą się promotorzy w Polsce. Osobiście uważam, że w ogólnie powinniśmy tego porównywać. Żyjemy w zupełnie odmiennych rzeczywistościach, jeżeli chodzi o muzykę elektroniczną. W Holandii to jest chleb powszedni. Tam na festiwal (głównie dzienny) wychodzi się tak jak u nas na spacer. Dodatkowo do Holandii rok rocznie przyjeżdża setki tysięcy osób na organizowane przez nich festiwale. Każdy letni weekend, jest nimi przepełniony, a mimo jednocześnie przepełniony ludźmi. To jest po prostu ich część kultury. W Polsce muzyka elektroniczna to nie jest część kultury i to należy sobie uświadomić. Jesteśmy krajem Golców i społeczność, która słucha muzyki elektronicznej w której my się poruszamy to jest nisza nisz. Ja przy rozmowie na ten temat zawsze lubię przytaczać taki przykład - mniej wiej w tym samym czasie, kiedy Armin Van Buuren dostał od tamtejszego króla odznaczenie za wkład w rozwój holenderskiej kultury, u nas podobne odznaczenie dostali bracia Golcowie. Moim zdaniem to dość dosadnie pokazuje, gdzie są polscy słuchacze, a gdzie holenderscy. Dlatego szukanie analogii nie ma tutaj sensu.

Jurek: Ten mem jest prawdziwy, bo… polski. Historia przetrwania czasów postkomunistycznych nauczyła nas jednego — nieważne jak, byle wygrać. Podstawienie konkurencji nogi często traktujemy jako przejaw sprytu, a nie coś niewłaściwego. Jesteśmy częścią Zachodu, „mówimy językami”, a mentalność w wielu miejscach pozostała ta sama. Zamiast zrzucać innych ze schodów, wspierajmy się, dzielmy się wiedzą i pomagajmy sobie nawzajem w rozwoju. Nic nie motywuje do pracy bardziej niż sukces koleżanek i kolegów.

Jakie są najbliższe plany Theia Crush?

Sara: 1 listopada zapraszamy na event we wrocławskim klubie Ciało. To będzie nasza piąta impreza w tym miejscu. Main room wypełni rasowe techno serwowane przez jednego z najlepszych, polskich artystów - DEASa. Będziemy mieli przyjemność usłyszeć go w 3-godzinnym secie, a obok niego wystąpi oczywiście Jurek jako Praecox live oraz Sabre i Rust, za to Kuchnię przejmie kolektyw Harce.

Przemek: Na ten moment całą naszą uwagę kierujemy na uruchomienie labelu, czyli Theia Records. Pierwsze VA jest gotowe, czekamy, aż ujrzy światło dziennie. Usłyszycie na nim produkcje od takich osobistości jak DJ Dextro, bours?, Maharti, Mislaw, Rethe, Contakt, Marboc i internal explorer. Wspólnie z Markiem Sildatke (aka Sickdat) pracujemy intensywnie nad kolejnym VA, na którym podobnie chcemy wydać zarówno polskich, jak i zagranicznych producentów i w dalszej kolejności EP z wybranymi artystami. Bardzo możliwe, że nasze kolejne wydarzenia będą teraz oscylować wokół producentów, których będziemy wydawać na Theia Records.

Z offu dopowiada do całości Sickdat:

Marek: Techno w 2025 żyje i ma się dobrze, a tworzy się go dziś, w tym tego dobrego, więcej niż kiedykolwiek. Klęską tego urodzaju jest to, że do tego dobrego trzeba się czasem dokopać, gdyż łaski wszechmocnych dziś algorytmów mają inne priorytety i tony genialnej muzyki od wybitnych artystów przemykają pod ich radarami. Kilku takich mamy na oku, z paroma już rozmawiamy, jedni bardziej znani publice, drudzy raczej będący smaczkami dla koneserów, acz wszyscy z nich na najwyższym poziomie jakości. Znamy się i lubimy już kilka lat, więc czystą przyjemnością będzie do wrażliwości Sary i doświadczenia Przemka dorzucić swoją kartę fanatycznego techno nerda. Jestem szczerze podekscytowany co się z tego ugotuje.

Credits i specjalne podziękowania dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej !

Fotoportrety: : Dawid Majewski (IG @majevskidavid) / MSN: Alan Kurc (IG @alankurc) / Concept & Project manager: Krystyna Hannon B2be.creative (IG @hannonbusiness)

Następna strona
Ładowanie...
Ładowanie...