Features
SEPT: To, czego obecnie potrzebuje kultura DJ-ingu, to lojalne community, zbudowane w oparciu o jakościową muzykę i dobre wartości, a nie iluzję sukcesu
W wywiadzie dla Mixmag Poland Sept wspomina warszawskie kluby, w których bawił się jako raver, opowiada o planach wydawniczych oraz celebrowaniu swej dekady na scenie, emocjonalnych setach w klubach ukraińskich i gruzińskich, uwielbieniu dla mocnego, gitarowego grania i swoim spojrzeniu na aktualną kulturę deejayingu.
SEPT to niewątpliwie jeden z najpopularniejszych i najbardziej utalentowanych DJ-ów i producentów, którego kariera trwa już dekadę. Wydawał swoje tracki dla tak renomowanych labeli jak CLERGY, Bpitch, Flash Recordings, KYSH oraz oczywiście dla własnej wytwórni OPUS. Jego miksy pojawiały się w znakomitych seriach podcastów – m.in. dla marek takich jak Boiler Room, Mixmag, HÖR, Vault Sessions, Slam Radio czy HATE.
Artur Wojtczak: Świętujesz właśnie 10-lecie kariery pod pseudonimem „SEPT”. Z tej okazji wydałeś nową EP-kę na winylu, grasz też imprezy all night long. Jakie były Twoje początki jako klubowicza / ravera, zanim spróbowałeś roli DJ-a, promotora oraz producenta?
SEPT: Moja historia z klubami i imprezami z szeroko pojętą muzyką elektroniczną zaczęła się jeszcze w czasach liceum, kiedy, mając 17 lat, chodziłem do takich miejsc jak Luzztro czy nieistniejące już Discrete.
Artur Wojtczak: Które kluby w Polsce były ci najbliższe, jeśli chodzi o muzykę i klimat i wspominasz je z nostalgią?
SEPT: Jednym z moich najbardziej ulubionych klubów była Nowa Jerozolima. Klub ten miał wyjątkowy klimat oraz zróżnicowany program artystyczny. To właśnie w tym miejscu wystąpiłem po raz pierwszy jako Sept, co miało miejsce 4 lipca 2015 roku. Jako klubowicz doświadczyłem tam występów m.in. Blawana, Rødhåda, Jonasa Koppa czy, chociażby UVB. Trudno też nie wspomnieć tu o 1500m2, znajdującym się jeszcze w pierwszej lokacji przy Solcu, w starym budynku drukarni. W mojej opinii było to miejsce z najlepszym soundsystemem w mieście w tamtym czasie.
Poza Warszawą moimi ulubionymi klubami był sopocki Sfinks700 oraz wrocławski Das Lokal.
Artur Wojtczak: Czy był w twoim życiu ten jeden moment, gdy „coś w środku” powiedziało ci, że warto stanąć za didżejką i grać?
SEPT: W moim przypadku sytuacja z graniem w klubach była następstwem wydawania muzyki. Pamiętam, że jeszcze zanim zacząłem występować jako Sept, dostałem propozycję zagrania na imprezie z racji wcześniej wydanych kawałków w klimacie electro house. W tamtym czasie (tj. 2009 r.) nie umiałem grać i nauczyłem się tego specjalnie ze względu na tamto zaproszenie. Miałem miesiąc, żeby opanować sztukę miksowania. Z perspektywy czasu wiem, że nie prezentowałem wtedy wysokiego poziomu sztuki DJ-skiej, ale każdy jakoś zaczynał. Cieszę się, że właśnie w taki sposób zostało to zainicjowane, bo być może nie miałbym tyle motywacji i odwagi, żeby się tego nauczyć, gdyby nie tamto zaproszenie.
Artur Wojtczak: Jacy DJ-e inspirowali cię przez te lata – na tyle, że podjąłeś odważną decyzję o starcie swojej kariery jako producent?
SEPT: W czasie, kiedy zaczynałem interesować się produkcją muzyki, moje upodobania muzyczne były w zupełnie innym universum niż w momencie, kiedy zaczynałem występować jako Sept. Niemniej producenci, których muzyka wywarła znaczący wpływ na moje brzmienie i którzy do dzisiaj są dla mnie ważnymi postaciami, to m.in. Cleric, Dax J, Oscar Mulero, Reeko, Rødhåd czy też Setaoc Mass.
Artur Wojtczak: Dziś jesteś mózgiem kreatywnym i managerem własnej wytwórni OPUS. Jej historia zaczęła się rok temu i od początku było to wyjątkowe przedsięwzięcie łączące muzykę z malarstwem. Najnowszy release „Leave Your Body” to czteroutworowa płyta, kompletnie zorientowana na parkiet. Mamy tu energetyczne, wysokooktanowe tracki, na których pomysły wpadłeś podczas swoich wakacji w Kolumbii, prawda?
SEPT: Będąc precyzyjnym, to nie były do końca wakacje. W październiku zeszłego roku miałem okazję występować w Bogocie i Medellin, a przy okazji zostałem trochę w Kolumbii, żeby na jakiś czas zmienić otoczenie. W moim przypadku jest tak, że jestem kreatywny w podróżach, i tak też było tym razem. Podczas tego wyjazdu zacząłem kilka szkiców utworów, które następnie dokończyłem po powrocie w Berlinie. Utwór „Object Of Desire” był jedynym z utworów, który powstał od początku do końca za oceanem.
Artur Wojtczak: Jak wyglądał tym razem proces tworzenia tej płyty, jeśli chodzi o cover-art?
SEPT: Tym razem formuła została nieco zmieniona w porównaniu do poprzedniego razu, gdy obraz został stworzony w oparciu o muzykę. Od jakiegoś czasu obserwowałem twórczość Pauliny Wróbel na Instagramie i postanowiłem zaprosić ją do współpracy. Z racji dużego wachlarza prac, które Paulina ma w swoim dorobku, zdecydowałem się wybrać jedną z nich, która w mojej ocenie, odzwierciedla charakter muzyki, którą skomponowałem.
Artur Wojtczak: Czy nagrywając świeżą płytę, myślisz już o kolejnej? Masz zapewne więcej szkiców nowych utworów?
SEPT: Nagrywając każdą nową płytę, skupiam się na stworzeniu od 6 do 8 kawałków, z których następnie wybieram te, które najlepiej do siebie pasują i tworzą spójną całość. W efekcie bardzo często powstają nowe szkice. Często zdarza się tak, że tworząc jeden utwór, wpadam na nowy pomysł i odkładam go na później, do dokończenia. Z tych właśnie szkiców zaczynam później robić nowe numery. To takie trochę błędne koło! (śmiech)
Artur Wojtczak: Podczas grudniowego Boiler Room Warsaw wystąpiłeś w koszulce zespołu Tool. Czy preferowałes kiedyś mocniejsze gitarowe brzmienia? Wielu fanów propsowało cię w komentarzach za ten outfit!
SEPT: Nigdy nie zamykałem się na jeden gatunek, a gitarowe brzmienia są zdecydowanie bliskie memu sercu. Z muzyką rockową i metalem zaczynałem przygodę już w szkole podstawowej, z racji że moja starsza siostra była mocno osadzona w temacie, więc automatycznie i ja się taką muzyką zainteresowałem. Dla niektórych może to zabrzmieć abstrakcyjnie, ale już w wieku 11 lat słuchałem takich zespołów jak Slipknot, Murderdolls, Cradle of Filth czy chociażby, Type O’ Negative. Tool jest dla mnie stosunkowo nowym odkryciem, biorąc pod uwagę mój staż w tym gatunku, ale obecnie to jeden z moich ulubionych zespołów, ze względu na ich rozbudowane kompozycje i dbałość o każdy detal, począwszy od muzyki, a skończywszy na oprawie wizualnej.
Artur Wojtczak: Zagrałeś niedawno wyjątkową imprezę – przez 10 godzin grałeś w gruzińskim klubie Khidi muzykę w formie zróżnicowanego gatunkowo seta: od ambientu po hipnotyczne techno budując atmosferę nocy. Jak wspominasz ten niezwykły występ?
SEPT: Był to niewątpliwie jeden z najbardziej wyjątkowych gigów, jaki miałem okazję zagrać w ostatnim czasie. Występ ten był pierwszym z serii sześciu występów w formule All Night Long, zaplanowanych na ten rok. Przygotowywałem się do niego z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, z racji że chciałem zaprezentować w dużej mierze utwory, których wcześniej nie grałem.
Zanim jednak dane było mi wystąpić, niewiele brakowało, a nie dotarłbym na ten występ… Dzień wcześniej miałem okazję grać w tureckiej Antalyi i początkowo wszystko szło zgodnie z planem, aż do momentu rozpoczęcia podróży do Tbilisi. Z powodu złych warunków pogodowych mój lot do Stambułu, w którym miałem przesiadkę na samolot do stolicy Gruzji, wystartował z półtoragodzinnym opóźnieniem. Lądując w Stambule, miałem zaledwie 30 minut do odlotu kolejnego samolotu, więc zmuszony byłem biec jak szalony, żeby zdążyć na niego - bo niestety, był to ostatni lot odlatujący tego dnia do Tbilisi. Szczęśliwie się złożyło, że dobiegłem do bramki tuż przed jej zamknięciem. W samolocie jeszcze robiłem ostatnie szlify playlist na wieczór, żeby być jak najlepiej przygotowanym. Po przyjeździe do hotelu odpuścił mnie stres związany z całą tą intensywną podróżą i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem zmęczony, a przede mną była cała noc grania.
Niemniej, udało mi się zrobić około 4-godzinną drzemkę i na 30 minut przed startem nocy wpadłem do klubu na szybki soundcheck, by następnie przejąć kontrolę nad parkietem przez kolejne 9 godzin i 40 minut. Zacząłem ambientem, nie bez przypadku. Podczas mojej pierwszej wizyty w KHIDI w 2017 roku po raz pierwszy w życiu usłyszałem, żeby DJ grał ambient podczas warm-upu. Tak bardzo zapadło mi to w pamięć, że nie mogłem inaczej rozpocząć seta niż właśnie w taki sposób.
Gruzini są bardzo otwarci na nieoczywistą muzykę i przez pierwszą godzinę mojego występu z uwagą słuchali tego, co grałem. W momencie, kiedy zacząłem grać numery 4x4 w tempie 135 bpm, parkiet się ożywił, a ja stopniowo budowałem napięcie, by po 4 godzinach wskoczyć na tempo 142 bpm i na nim pozostać już do końca nocy. Parkiet przez większą część nocy był pełny, a to zawsze mocno napędza i motywuje do dania z siebie 100%.
Artur Wojtczak: W styczniu tego roku grałeś po raz trzeci Ukrainie i pisałeś po tych występach mocne, poruszające statementy. Co najbardziej poruszało cię podczas wizyt w Kijowie?
SEPT: To, że za naszą wschodnią granicą toczy się wojna, każdy wie, ale co innego jest o tym czytać w internecie lub słyszeć na ten temat w TV, a co innego, pojechać tam i zobaczyć, jak to wygląda w rzeczywistości. Podczas mojej ostatniej wizyty w Kijowie miałem okazję spędzić tam cztery dni i doświadczyć szerokiego spektrum emocji. Fakt, że ludzie organizują imprezy na wysokim poziomie muzycznym, z cudowną publiką, niezwykle chwyta za serce, ale jednak najbardziej poruszające było dla mnie odwiedzenie takich miast jak Bucza i Irpin oraz zobaczenie zniszczeń powstałych wskutek inwazji putinowskiej armii. Po takim doświadczeniu perspektywa zmienia się całkowicie.
Artur Wojtczak: Obserwując kulturę deejayingu z perspektywy twojej dekady na scenie: jakie zjawiska chciałbyś z niej zepchnąć, a jakie przywrócić?
SEPT: To, co teraz powiem, może zabrzmieć trochę naiwnie, ale bardzo bym chciał, żeby ludzie zaczęli przywiązywać większą uwagę do muzyki oraz umiejętności DJ-ów, aniżeli do ich contentu postowanego na social mediach. Czasy się mocno zmieniły i nie chcę tutaj zabrzmieć jak boomer, który mówi, że kiedyś to były czasy, a teraz to ich nie ma. Uważam, że social media to świetne medium, za pomocą którego można dotrzeć do masy nowych odbiorców, a także ciekawej muzyki. Ale faktem jest, że wiele karier w świecie DJ-ingu to sztucznie napompowane kreacje, niemające nic wspólnego z rzeczywistością. Są rynki, które chłoną tego typu wizerunki, ale nie raz, nie dwa widziałem występy artystów z pozoru wyglądających na popularnych, a na ich setach tłumów nie było. Oczywiście, granie dla pustej sali może przydarzyć się każdemu artyście, ale w szerszej perspektywie jest to problematyczne dla całej branży, ponieważ odbija się to mocno na ekonomii klubowego ekosystemu.
Stawki takich artystów raczej nie należą do niskich, a bookerzy klubów i festiwali nierzadko sugerują się ich popularnością na podstawie followingu na Instagramie lub TikToku, która nie zawsze przekłada się na sprzedaż biletów, co w efekcie może doprowadzić do upadku takiego przedsięwzięcia. To, czego obecnie potrzebuje kultura DJingu, to lojalne community, zbudowane w oparciu o jakościową muzykę i dobre wartości, a nie iluzję sukcesu.
Artur Wojtczak: Jakie są twoje najbliższe plany, występy na które czekasz?
SEPT: W najbliższym czasie trochę się będzie dziać. Pomimo dopiero co wydanej płyty na OPUSie pojawi się kilka autorskich produkcji, wydanych na czarnych krążkach. Jeszcze nie mogę zdradzić wytwórni, w których zostaną one wydane, ale na pewno będzie powrót do labelu, w którym miałem już okazję wydawać, oraz kilka nowych tematów. Co do występów, chciałem szczególną uwagę zwrócić na mój set na Audioriver, gdzie będę miał przyjemność zagrać b2b z Yanamste, a także na Muse Festival, który w tym roku odbędzie się w Centrum Św. Jana w Gdańsku!


